Rozdział 21 – Kolejna ofiara

Była dokładnie dziesiąta, kiedy w końcu udało jej się uchylić powieki i zerknąć na stojący na szafce zegarek.
Och, chyba zaspała.
Od godziny powinna tkwić w mieście nieprzystosowanych i udawać, że Ram naprawdę jej potrzebuje. Bo kogo ona chciała oszukać? Taki z niej detektyw, jak z koziej… W każdym razie, właśnie dlatego celowo zapomniała nastawić budzik, mając nadzieję, że Strażnika nie zdenerwuje jej nieobecność Właściwie to powinien się z tego cieszyć, prawda? Bo bądźmy szczerzy, mistrzynią powściągliwości to ona nie była, a i jej język również pozostawiał wiele do życzenia. Powinna zostać oznaczona etykietką „beznadziejny przypadek, trzymać w izolacji”. Tak więc wyświadczyła wszystkim przysługę, czyż nie?
A przynajmniej prawie wszystkim, bądź co bądź miała zamiar jednak kogoś zaszczycić swym wspaniałym towarzystwem.
Już na samą myśl o zbliżającym się spotkaniu jej twarz rozjaśnił uśmiech, więc bez ociągania porzuciła ciepłe łóżko i zaczęła się doprowadzać do porządku. Zadziwiająco dużo czasu poświęciła skompletowaniu ubrania. Jej ukochane dżinsy, te, w których przybyła do królestwa z tamtego świata, znalazła w kącie całe upaćkane farbą, a te drugie wciąż czekały na pranie po spotkaniu z trupim odorem. Cholera, i co ona ma na siebie włożyć?
Zrezygnowana stanęła przed szafą licząc na nagłe oświecenie.
Powinna była to przewidzieć i zamiast kronik Ludzi Lodu zabrać ze sobą więcej normalnych ubrań. Albo chociaż wybrać się na zakupy. Oczywiście każdy kto przybywał do Królestwa Światła zostawał wyposażony w niezbędne części garderoby pasujące do panującego tutaj klimatu. Szkoda tylko, że temu kto był za to odpowiedzialny nie przyszło do głowy, że kobiety niekoniecznie muszą chodzić w sukienkach. A tak, dzięki tej niebywałej wspaniałomyślności, miała tuzin sukienek, kilka spódnic, bluzek i… najwspanialszą na świecie kolekcje bielizny. Tak, to było istne cudo, w życiu nie widziała majteczek z tak delikatnego i mięciutkiego materiału. Dzięki temu mogła wybaczyć ten niestosowny brak spodni. Ale zaraz, co to?
Były tam, na najniższej półce, równiutko złożone, samotne, wołające o ratunek…
- Chodźcie do mamusi – mruknęła pieszczotliwie, dziękując wszystkim siłom wyższym. Co za szczęście!
Spodnie były proste, uszyte z przewiewnego materiału idealnie dopasowującego się do ciała, w kolorze jasnej zieleni. Dobrała do nich białą bluzkę bez rękawów i sandałki, które poprzedniego dnia jej pożyczono, a których nie zamierzała oddawać. Zresztą nikt nie wspominał, że w ogóle powinna, tak więc…
Wychodząc z domu solennie obiecywała sobie, że jeszcze dzisiaj wybierze się do sklepu. Albo do krawca, w zależności od tego, czy w tym pierwszym znajdzie jakieś dżinsy. Albo jeszcze lepiej, pojedzie do miasta nieprzystosowanych. Tam na pewno znajdzie to czego szuka. Może wieczne niezadowoleni choć raz okażą się przydatni.
Tego dnia droga do stolicy zdawała się ciągnąć jak nigdy przedtem. Inga chciała jak najszybciej dotrzeć do celu i zająć myśli czymś innym, niż ten przeklęty koszmar, który ją dręczył w nocy. No, może to nie zupełnie był koszmar… Do cholery, przecież ona nigdy w życiu nie miała mokrych snów! To znaczy nigdy aż do zeszłego tygodnia, od kiedy to zaczął ją nawiedzać ten psychopatyczny zboczeniec, który robił z nią rzeczy, o których nie miała pojęcia, że są w ogóle możliwe. Skąd się brały tak poronione fantazje? Nie wiedziała nawet kto sobie z nią tak beztrosko poczynia, twarz jej kochanka zawsze skrywał cień, jednak nie przeszkadzało to jej ciału wspiąć się na bezgraniczne wyżyny rozkoszy. Po przebudzeniu cała lepiła się od potu, a między udami miała istny gorący gejzer gotowy wybuchnąć przy najmniejszym dotknięciu. Czyżby to był znak, że jej ciało potrzebowało mężczyzny? W końcu? Jak na siedemnastolatkę miała doprawdy niewielkie doświadczenie w tej dziedzinie. Jej wiedza pochodziła głównie z książek… no i tego jednego filmu dla dorosłych, który pokazała jej Susanne. Wtedy nie zrobił na niej żadnego wrażenia, ale teraz… Cóż, zaczynała rozumieć, dlaczego ta babka tak głośno jęczała. A może gdyby tak…?
O nie, zapomnij! Nie pójdziesz do łóżka z facetem tylko po to, aby sobie ulżyć. To się kłóci z twoimi marzeniami o tym jednym jedynym, któremu oddasz się ciałem i duszą. Boże, czy ja naprawdę to pomyślałam?
Zastanawiając się czy z jej głową na pewno jest wszystko w porządku, w końcu dotarła pod czarną wysoką bramę, lśniącą w blasku Świętego Słońca. Rozglądając się ukradkiem, czy nikt nie patrzy, uczyniła nieznaczny gest dłonią, czując jak magia przenika każdą komórkę jej ciała. Jakże jej tego brakowało!
Wrota uchyliły się cicho, jakby nic nie ważyły i Inga znalazła się w na wyłożonej kamiennymi płytami ścieżce. Przed nią wznosił się niezwykle piękny biały budynek, prawdziwy pałac godny księcia, z wysokimi oknami i czerwonym dachem w kształcie piramidy. Po pokonaniu niskich schodów stanęła przed masywnymi drzwiami i po chwili wahania otworzyła je, standardowo nie zawracając sobie głowy pukaniem.
- Halo, jest ktoś w domu? – zawołała, a jej głos odbił się echem od ścian przestronnego, jasnego holu. Z przyzwyczajenia ruszyła w lewo, do gabinetu, gdzie zwykle przesiadywał Marco, ale wtedy pojawiła się jedna z kobiet pracujących w pałacu.
Była piękna, o osobliwych rysach twarzy i całkiem ciemnych oczach, ubrana w prostą sukienkę za kolano.
- Księżniczko – odezwała się melodyjnie i schyliła głowę w geście pozdrowienia.
Inga skrzywiła się, ale odpowiedziała w podobny sposób. Nie miała pojęcia, dlaczego służące Marca ubzdurały sobie tytułować ją księżniczką. Przecież wcale nią nie była. No, chyba, że o czymś nie wiedziała…?
- Inga – poprawiła ją i chociaż robiła to za każdym razem, Lemuryjki jakoś nie potrafiły przyjąć tego do wiadomości. – Wystarczy Inga.
Nata uśmiechnęła się i skinęła głową, na znak że pojmuje, co oczywiście również czyniła za każdym razem.
Ech, i jak się tu nie denerwować?
- No, dobrze – westchnęła z rezygnacją. – Jest Marco?
- Niestety, nie. Książę z samego rana udał się do miasta nieprzystosowanych.
- Po jaką chol… To znaczy – poprawiła się szybko – orientujesz się w jakim celu?
Lemuryjka przytaknęła, skrywając uśmiech.
- Książę Marco nadal prowadzi poszukiwania zaginionej córeczki burmistrza. Zdaje mi się, że wspominał, iż będzie przebywał w ratuszu.
No tak, to oczywiste, że Marco szukał Weroniki. Ale dlaczego nie mógł robić tego w bardziej przyjaznym otoczeniu? Naprawdę nie miała ochoty wracać do miasta nieprzystosowanych. Czy Marco aby na pewno wart jest takiego poświęcenia?
Analizując wszystkie za i przeciw, nagle pojawiła się myśl, że przystojny krewniak może rozwiązać drobny kłopot, który pojawił się wraz z wyprowadzką od rodziców.
Że też wcześniej nie przyszło jej to głowy!
Oczywiście od razu dla wszystkich stanie się jasne, że poszła na łatwiznę, ale… Cóż, tak czy inaczej spełni swój obywatelski obowiązek, prawda?
Zadowolona ze swej wspaniałomyślności, ostrożnie zadała Nacie kilka niewinnych pytań, a odpowiedzi, które otrzymała, brzmiały nadzwyczaj obiecująco.
To nieco poprawiło jej humor, więc szybko się pożegnała i postanawiając jednak spotkać się z Markiem, udała się na miejsce odlotu gondoli, skąd niechętnie, aczkolwiek bez trudu, dostała się do miasta nieprzystosowanych.
Ratusz znajdował się w starszej dzielnicy, zadziwiająco czystej jak na to miasto, w której bochenek chleba na szyldzie oznajmiał, gdzie znajduje się piekarnia, a wymalowany pięknie but informował o warsztacie szewskim. Chodniki zostały wyłożone kamieniami, a pod ścianami domów rosły kwiaty. Wszystko to sprawiało przyjemne wrażenie, przynajmniej dopóki nie zauważyło się ciekawskich, a niekiedy nawet niechętnych spojrzeń mieszkańców.
Nie dało się ukryć, że Inga wzbudzała szczere zainteresowanie, była przecież piękną dziewczyną. Tylko te jej dziwne, kocie oczy…
Naprawdę trudno było zachować kamienną twarz, kiedy zewsząd dobiegały ją strzępki rozmów, a tematem przewodnim było jej pokrewieństwo z diabłem. Gdyby tylko te stare dewoty wiedziały, jak blisko są prawdy! Najchętniej pokazałaby tym głupim babom, gdzie ich miejsce, ale tym raczej nie zapunktowałaby u Rama, więc przełknęła złość i jak najprędzej weszła do ratusza.
Wśród gwaru rozmów i nieskrywanych spojrzeń, skierowała się ku wysokiemu kontuarowi, gdzie mieściła się informacja. Siedząca za biurkiem kobieta nie wydawała się szczególnie zainteresowana pracą i jak gdyby nigdy nic czytała gazetę, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co się wokół niej działo. Jej twarz sprawiała wrażenie zastygłej w wyrazie bezgranicznego zdumienia, zupełnie jakby nie mogła pojąć, czym są te dziwne znaki, nazywane przez wszystkich literami. Dopiero kiedy Inga podeszła bliżej spostrzegła, że działo się tak za sprawą zbyt mocno upiętego koka, który sprawiał, że brwi kobiety były znacznie wyżej niż powinny, a jej oczy niemalże wychodziły z orbit. Być może był to jakiś sposób na wygładzenie zmarszczek, kobieta była dużo starsza niż mieszkańcy pozostałych osad, gdzie docierały promienie Świętego Słońca. Mogła mieć jakieś czterdzieści pięć, może pięćdziesiąt lat, które starała się ukryć pod mocnym makijażem i niekonwencjonalną fryzurą. Bez większego rezultatu zresztą.
Ponieważ nie wyglądała na zbyt przyjazną, Inga postanowiła znielubić ją z miejsca, by zaoszczędzić sobie czasu i wysiłku.
- Szukam Marca z Ludzi Lodu – powiedziała, zamiast powitania.
Ivonne, jak wyczytała z plastikowej plakietki na jej piersi, uniosła wzrok znad gazety. W jej oczach błyszczała żądza posiadania i Inga nie musiała być geniuszem, by pojąć czyje wspomnienie ją wywołało.
- Książę Marco jest zajęty – rzuciła z zaskakującą wrogością, po czym wróciła do czytania, wyraźnie dając dziewczynie do zrozumienia, że uważa rozmowę za zakończoną.
Ktoś bardziej wrażliwy zapewne by odpuścił i dał sobie spokój, ale Ivonne miała to nieszczęście, że trafiła na Ingę.
- Ja nie pytałam, czy jest zajęty, tylko gdzie go znajdę.
Kobieta znów uniosła wzrok, wyraźnie poirytowana.
- Mówiąc zajęty, miałam na myśli, że książę nie życzy sobie, aby mu przeszkadzano – powiedziała wolno, jakby Inga była co najmniej upośledzona. – Coś jeszcze?
Dziewczyna zazgrzytała zębami.
- Owszem – syknęła, czując przemożoną chęć uduszenia kobiety. Oparła się o kontuar i nachyliła ku jej twarzy. – Albo mi powiesz, gdzie go znajdę albo poszukam sama. Nie omieszkam również wspomnieć burmistrzowi o twojej niekompetencji i utrudnianiu poszukiwań jego córki.
Wydawało się, że Ivonne zbladła, jednak pod grubą warstwą makijażu ciężko było to stwierdzić.
- Nie zrobisz tego.
- Wkurzaj mnie dalej, a się o tym przekonasz – odparła Inga z determinacją.
Przez dłuższą chwilę mierzyły się wzrokiem, jednak w końcu kobieta odpuściła.
- Sprawdzę, czy książę cię przyjmie – obwieściła, wkładając w to całą swoją niechęć. – Poczekaj tutaj.
- Świetnie. – Inga uśmiechnęła się słodko, ale jej oczy pozostały zimne. – Powiedz mu, że przyszła… jego żona.
Nie spodziewała się, że jej słowa wywołają tak piorunujące wrażenie. Ivonne najpierw wyglądała na niezwykle zdumioną, jakby nie mogła uwierzyć, że ktoś tak sympatyczny i miły, jak książę Marco mógł związać się z tak bezczelną dziewuchą. Po chwili jednak ogarnęło ją przerażenie. Potraktowanie w tak nieprzyjemny sposób żony księcia mogło mieć poważne konsekwencje. Ale skąd ona mogła wiedzieć z kim ma do czynienia? Nikt nie wspominał, że książę jest żonaty! Szybciej niż pozwalały jej na to wysokie obcasy, ruszyła w głąb ratusza, gdzie znajdowały się biura, modląc się w duchu o przebaczenie.
Chichocząc pod nosem, Inga poszła jej śladem. Nie mogła przecież pozwolić, by jej małe kłamstewko wyszło na jaw.
Kobieta zatrzymała się przy ciemnobrązowych drzwiach i cichutko zapukała, nie zdając sobie sprawy, że Inga jest tuż za nią. Kiedy rozległo się „proszę”, ostrożnie je uchyliła i pełnym poczucia winy głosem, powiedziała:
- Książę Marco, szuka cię jakaś dziewczyna. Powiedziała, że jest twoją… żoną?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Inga oczami wyobraźni mogła zobaczyć szok wypisany na twarzy Marca.
Kiedy po chwili książę się odezwał, w jego głosie pobrzmiewało czyste niedowierzanie:
- Moją żoną?
Inga nie mogła czekać dłużej. Przepchnęła się obok Ivonne i otworzyła drzwi na całą szerokość, by Marco mógł ujrzeć swą niedoszłą połowicę.
- Cześć, kochanie – powiedziała z szerokim uśmiechem i diabelskim błyskiem w oczach, jednak kiedy dostrzegła, że Marco nie jest sam, jej rozbawienie momentalnie się ulotniło. – Słyszałam, że jesteś zajęty? – mruknęła, spoglądając gniewnie na kobietę, która czym prędzej zamknęła za sobą drzwi. – Głupia krowa.
Wyglądało na to, że Ivonne miała wredny charakter zapisany w genach, jednak Inga doszła do wniosku, że mimo wszystko, jest jej za to wdzięczna. Dzięki niej udało się jej wprowadzić Marca w kompletnie osłupienie, co było nie lada wyczynem.
Popatrzyła na swego kuzyna z satysfakcją i zapytała słodko:
- Nie przedstawisz mi swojego gościa?
Marco potrzebował krótkiej chwili na dojście do siebie po tej zaskakującej informacji.
- Tak, oczywiście – odparł, już opanowany, posyłając jej dziwne spojrzenie. – Ingo, to Heinrich Reuss von Gera, na pewno o nim słyszałaś. Przybył do Królestwa Światła wraz z rodziną Móriego.
Dziewczyna zrobiła krok w jego stronę i wyciągnęła doń rękę, na co Heinrich wstał.
Nie był specjalnie wysoki, trzydziestopięcioletni, z długimi ciemnymi włosami i szczupłą twarzą. Miał wąsy i brodę, co nadawało mu wygląd dobrego wujka. Choć uśmiechał się przyjaźnie, z jego nieco wyblakłych, szaroniebieskich oczu wyzierał jakiś nieokreślony smutek.
- Niezmiernie mi miło – powiedział, kłaniając się i muskając powietrze nad dłonią Ingi, której ten szarmancki gest bardzo się spodobał.
Marco zaś dodał:
- Henrichu, to Inga z Ludzi Lodu, moja droga małżonka.
Inga prawie się udławiła własnym oddechem. Matko Boska, czy on zwariował?! Przecież to miał być tylko żart! Szybko zerknęła na swego „męża”, niemo żądając wyjaśnień, jednak Marco tylko uśmiechał się niewinnie, jakby przed sekundą wcale nie usiłował doprowadzić jej do zawału serca.
Nic z tego nie rozumiała, przecież Marco nigdy nie posunąłby się do czegoś tak niegodziwego jak kłamstwo. A jednak…
Jakimś cudem udało jej się opanować emocje i przywołać na twarz czarujący uśmiech, nim Heinrich zdołał zauważyć, że coś jest nie tak.
Przez chwilę gawędzili o codziennych sprawach, jednak Inga szybko spostrzegła, że uśmiech mężczyzny nieco przygasł, a on sam jakby się zapadł się w sobie. Było to zastanawiające.
Właściwie Heinrich stanowił wyjątkowy przypadek. Jako jedyny z grupy czarnoksiężnika przeniósł się do miasta nieprzystosowanych. Dla dawnego szlachcica i rycerza zakonnego przejście do kompletnie obcego, nowoczesnego świata okazało się zbyt trudne. Mieszkał teraz w najstarszej części miasta, gdzie przy wykładanych kocimi łbami ulicach wznosiły się budynki z muru pruskiego i gdzie czas zatrzymał się jakby w siedemnastym wieku. Jednak w trakcie rozmowy wspomniał coś o planowanej przeprowadzce do Sagi, gdzie, jak się wyraził, mógłby być bliżej swych wspaniałych przyjaciół. To stwierdzenie wypadło dość blado w połączeniu z bijącym od niego smutkiem.
Inga potakiwała zgodnie, choć myślami była zupełnie gdzie indziej, więc gdy Reuss w końcu się pożegnał, odczuła niebywałą ulgę.
Ledwie zamknęły się za nim drzwi, Marco wbił w Ingę spojrzenie ciemnych oczu i pokręcił głową z rezygnacją.
- Jesteś szalona, wiesz?
- Ja? – oburzyła się, ale jej oczy się śmiały. – Przecież to ty przedstawiłeś mnie Reussowi jako swoją żonę! Boże, Marco, co cię napadło?! – osunęła się na krzesło. – Ja rozumiem, że wszyscy za mną szaleją, ale może najpierw wypadałoby się oświadczyć?
- Masz rację, to nie był najlepszy pomysł – przyznał w zamyśleniu. – Wydawało mi się, że w ten sposób pozbędę się drobnego klopotu, ale… Cóż będziemy musieli wyjaśnić, że to był tylko żart.
Inga nachyliła się ku niemu z zainteresowaniem.
- Kłopotu? Czyżby jakaś zakochana w twojej urodzie niewiasta posunęła się na tyle daleko, że musiałeś podjąć ten jakże drastyczny krok?
- Nie – padła natychmiastowa odpowiedź.
- Nie? – zdziwiła się. – Więc o co chodzi?
Marco zawahał się na ułamek sekundy, co nie uszło jej uwagi, jednak odparł:
- Widzisz, nasz drogi przyjaciel Reuss ma… dość specyficzne skłonności. To oczywiście nie umniejsza jego wspaniałej osoby, ale jest dość męczące.
Inga nie od razu pojęła o czym mówił. Specyficzne? Czyli, że co? Już otwierała usta, żeby jej to wyjaśnił, kiedy nagle przyszło olśnienie.
Wytrzeszczyła oczy z wyrazem kompletnego szoku na twarzy.
- Chcesz powiedzieć, że Heinrich jest… gejem? – ostatnie słowo wyszeptała, jakby ktoś mógł ją tu usłyszeć. – I on myślał, że ty…
Inga roześmiała się w głos, niemal spadając przy tym z krzesła.
- To nie jest zabawne.
- Oczywiście, że nie – przyznała, choć z jej ust wciąż wydobywał się histeryczny chichot. – Nic a nic, ale… Hahaha… Co za absurd… Haha…
Marco przymknął oczy z głębokim westchnieniem. I po co się odzywał?
- Ingo…
- Tak, tak, haha… Już… hahaha…
Wreszcie po kilku dłuższych chwilach zdołała się opanować. To nie był odpowiedni moment na przesadne okazywanie radości, nie kiedy zło panoszyło się po ich pięknej krainie, ale szczerze musiała przyznać, że właśnie czegoś takiego potrzebowała.
- Przepraszam – powiedziała w końcu, ocierając z oczu łzy. – Miło było na chwilę zapomnieć o rzeczywistości i zrzucić z siebie to całe napięcie. Szkoda tylko, że w ten sposób nie możemy rozwiązać naszych problemów. Jak idą twoje poszukiwania? Wyglądasz na strasznie zmęczonego.
Marco przez moment milczał, nie mogąc się nadziwić tej błyskawicznej zmianie w jej zachowaniu. Przecież dopiero co tarzała się ze śmiechu, ledwie mogąc złapać oddech. Teraz jednak jej oczy pełne były troski, jakby to przed chwilą nigdy nie miało miejsca.
- Właśnie tak się czuję – potwierdził. – Wszystkie sygnały od dziewczynki zamarły. Pierwszego dnia wyczułem, że jest gdzieś blisko, samotna, zagubiona i zlękniona. Dzisiaj jednak nie potrafię do niej dotrzeć, co bardzo mnie martwi.
- Myślisz, że może już nie żyć? – zapytała Inga ostrożnie.
Marco pokręcił głową, jakby z wahaniem.
- Trudno mi w to uwierzyć. W tym wypadku, skupiając się na dziewczynce, wyczułbym wibracje śmierci, a nic takiego się nie dzieje.
- To zawsze jakieś pocieszenie – stwierdziła. – Boże, zaledwie dwa dni temu narzekałam na nudę, a teraz mamy kilka trupów, dwa porwania i żadnych wskazówek.
- Dolg, podobnie jak ty, jest zdania, że mamy do czynienia z dwoma różnymi przestępstwami. Zapewne oboje macie rację, bo trudno uwierzyć, by zabójca kobiet porwał jedenastoletnią dziewczynkę, a tym bardziej Misę.
- Ktoś jednak to zrobił. Tylko po jakiego diabła?
Marco nie odpowiedział, bo odezwał się jego telefon. Zresztą co mógł powiedzieć, skoro sam nie znał odpowiedzi?
Kiedy rozmawiał, Inga przyglądała mu się ukradkiem, ciesząc oczy jego pięknym obliczem. Zawsze miło popatrzeć na kogoś odznaczającego się jak niespotykaną urodą, a kiedy ten ktoś był twoim przyjacielem, tym bardziej. Szkoda tylko, że niedostępnym…
Cholera, znowu?! pomyślała ze złością. To jakaś paranoja! Przyjaciel! Mówi ci to coś, głupi mózgu?
Marco zakończył rozmowę, więc szybko przybrała obojętny wyraz twarzy, choć w duchu wciąż biła się z myślami.
- Dzwonił Ram – poinformował ją z uśmiechem. – W pewnym stopniu potwierdziły się twoje podejrzenia. Weronika rzeczywiście nie jest dzieckiem burmistrzowej.
Inga nie potrafiła ukryć uśmiechu zadowolenia, przynajmniej do czasu, aż nie dodał:
- Ale burmistrza także nie.
- Jak to?
- Matką dziewczynki jest siostra burmistrzowej. Jeszcze na tamtym świecie urodziła nieślubne dziecko, a ponieważ burmistrz marzył o dziecku, którego nie mogła mu dać żona, po przybyciu do Królestwa Światła przedstawili Weronikę jako swoją córkę.
Inga popatrzyła na Marca z powątpiewaniem.
- Jesteś pewien, że to nie burmistrz jest jej ojcem? Mając taką żonę pewnie bez wahania szukałby szczęścia u kogoś… mniej sukowatego. Dlaczego nie u swojej szwagierki?
Marco zacisnął usta z dezaprobatą.
- Byłbym wdzięczny, jakbyś mogła wyrażać się w nieco mniej ordynarny sposób – powiedział surowo. – Ram jest zadowolony z twojej pomocy przy śledztwie i chce byś nadal należała do jego grupy, jeśli tylko będziesz w stanie powściągnąć swój temperament.
Inga patrzyła mu prosto w oczy, nie do końca rozumiejąc czego właściwie Marco od niej oczekuje. Przecież się starała, czyż nie? Ten jeden raz… dwa… trzy… Cóż, może rzeczywiście nie zachowywała się wczoraj tak, jak tego oczekiwano od potomkini czarnych aniołów, ale co mogła na to poradzić? Słowa same cisnęły się jej na usta, nim zdążyła się nad nimi zastanowić.
Marco nie mógł nic poradzić na to, że słyszy wszystkie myśli dziewczyny. To znaczy właściwie mógł, ale zależało mu, aby Inga wciąż uczestniczyła w śledztwie. Nie angażowała się tak bardzo jak pozostali, raczej przyglądała się wszystkiemu z boku i pewnie dlatego potrafiła wychwycić te drobne szczegóły, które umykały Ramowi i jego pomocnikom, co zdecydowanie mogło przyśpieszyć odnalezienie sprawcy.
Wiedział jednak, że tylko podstępem może zmusić swoją nieokiełznaną przyjaciółkę do uległości, dlatego zapytał:
- Zrobisz to dla mnie?
Inga westchnęła męczeńsko, jakby sama myśl o stosownym zachowaniu sprawiała jej ból.
- Tak, Marco – odpowiedziała i uśmiechnęła się łobuzersko. – Skoro tak ładnie prosisz, nie mogę ci przecież odmówić, czyż nie?

Po wyjściu od Marca, Inga udała się prosto do biura burmistrza, gdzie znajdowali się już pozostali.
Ram przemawiał niezwykle ostrym jak na niego tonem, a wśród zebranych wyraźnie było czuć nerwową atmosferę. Najwyraźniej musiało wydarzyć się coś, co wyczerpało cierpliwość Strażnika dla mieszkańców tej osady, bo postawił im ultimatum: albo pozwolą na oddziaływanie Słońca w ich mieście albo zostanie dokonana filtracja. Inga nie rozumiała na czym miałaby ona polegać, ale po przerażeniu na twarzach kilku z obecnych osób wywnioskowała, że nie było to nic przyjemnego.
Ukradkiem rozejrzała się po gabinecie. Był tu burmistrz, oczywiście, wraz z szefem policji i rewizorem, dalej John, Generał i kilku urzędników, których wcześniej nie widziała, a także trzy kobiety, które poznała już wcześniej: żona i szwagierka burmistrza oraz siostra rewizora. Z nieznanych powodów znalazł się tu również Heinrich Reuss. Trzymał się blisko Dolga, co akurat Ingi już nie dziwiło. Najwyraźniej nie tylko Marco został obdarowany szczególnymi względami. Zebranym towarzyszyli również Jaskari, Jori i Armas oraz jakaś młoda ładna dziewczyna, w której pod dłuższej chwili Inga rozpoznała Elenę. Przyjaciółka obcięła włosy, teraz krótkie kędziory otaczały jej twarz niczym gloria, podkreślając delikatną cerę i ładnie ukształtowane brwi. Wyglądała niebywale kobieco, choć w jej oczach wciąż widniała ta sama dziecinna szczerość.
Ram wciąż mówił o planach zastosowania jakiegoś porządku w osadzie, a Inga przemknęła się w pobliże Eleny.
- Ślicznie wyglądasz – szepnęła, wywołując tym samym rumieniec na twarzy przyjaciółki. – Naprawdę, zupełnie inna dziewczyna. Dlaczego Ram jest taki wściekły?
Elena przysunęła się bliżej i pochyliła głowę w jej stronę.
- Wczoraj znaleziono ciało Opryszka – wyjaśniła również szeptem. – Został zabity jakimś rodzajem broni wojskowej, a w pobliżu zwłok znaleziono dwa naboje, takie same jak te, które tkwiły w kobietach.
- To wiele wyjaśnia – stwierdziła Inga z miną znawcy.
- Naprawdę? – Elena wydawała się zaskoczona.
- Yhm. Opryszek musiał przyłapać mordercę na gorącym uczynku. Może chciał zapłaty za milczenie, albo coś…
Elena zmarszczyła brwi.
- Skąd wiesz?
Inga się uśmiechnęła lekko.
- Dużo czytam – odparła, wzruszając ramionami. – To znaczy czytałam na ziemi. A kryminały to prawdziwa kopalnia wiedzy.
- Kryminały? To ktoś pisze o zbrodniach?
Inga spojrzała na przyjaciółkę zbolałym wzrokiem.
- Nie wiedziałaś? Czytałaś w ogóle coś? Cokolwiek?
Elena pokręciła głową.
- Nie wierzę – westchnęła Inga. – Przecież książki to najcudowniejsza rzecz, jaką udało się wymyśleć ludzkości. Jak mogłaś nigdy żadnej nie przeczytać?!
- Tutaj nie ma zbyt wielu książek – wyjaśniła Elena nieśmiało.
- Więc… nie mamy biblioteki? – Inga czuła się, jakby zaraz miała dostać zawału. Nigdy jej nie zastanawiało dlaczego podczas wędrówek nigdzie żadnej nie widziała, ale nawet przez myśl jej nie przeszło, że to dlatego, iż żadnej nie było!
Elena ponownie zaprzeczyła, tym razem jakby przepraszająco.
- Boże, nie wierzę – jęknęła Inga. – Trzeba to zmienić i to jak najszybciej. Już ja się o to postaram.
Elena nie śmiała nawet w to wątpić.
Ram zakończył temat osady i przeszedł do omawiania ostatniego morderstwa. Strażnicy starali się ustalić, kiedy doszło do zbrodni, badali ostatnie szczegóły, nim będzie można rozpocząć przesłuchania pod kątem alibi. To zadanie przypadło Joriemu i Armasowi.
Jaskari otrzymał polecenie towarzyszenia rewizorowi do jego gabinetu; ktoś napomknął, że za zbrodnią mogą się kryć motywy finansowe.
Ustalono dalsze plany, ale żaden nie dotyczył Ingi, więc po zakończonej naradzie bez zastanowienia ruszyła za Ramem, przelotnie zauważając, że Elena rozmawia z Johnem. Rozpromienione spojrzenie przyjaciółki wyraźnie mówiło, jak bardzo jest nim zauroczona.
Szczęścia, pomyślała z zazdrością, ale szybko się opamiętała. Przecież na nią też gdzieś tam czeka ukochany, prawda? Tylko musi go najpierw znaleźć.
- Co za głupota – mruknęła do siebie i czym prędzej dogoniła Rama, który zmierzał w stronę wind. – Hej, dokąd się tak śpieszysz?
Mężczyzna zwolnił kroku, czekając aż się z nim zrówna.
- Coś się stało?
- Jasne, że się stało – odparła posępnie. – Elena mi właśnie powiedziała, że w nasze cudowne królestwo cierpi na niedostatek książek!
- Rzeczywiście, to prawda – Ram zdawał się nie widzieć w tym nic dziwnego. – Czy to cię martwi?
Inga aż się zapowietrzyła. Dotarli do wind, więc złością wcisnęła guzik przywołujący.
- Pytasz czy mnie to martwi? Przecież książki to druga miłość mojego życia!
Ram nie ukrywał zaskoczenia.
- Naprawdę? Jesteś ostatnią osobą, którą bym podejrzewał o zamiłowanie do literatury.
- To bardzo miłe, że tak o mnie myślisz – parsknęła urażona. – Teraz jednak ważniejsze jest pytanie, czy możesz coś z tym zrobić? Sprowadzić tu… książki? – w jej głosie wyraźnie słychać było błagalny ton.
Strażnik zwlekał z odpowiedzią. To pytanie mogło wydawać się niewinne, jednak z pewnego punktu widzenia wcale takie nie było. Na szczęście właśnie przyjechała winda, więc miał chwilę do namysłu. Otworzył drzwi i przepuścił dziewczynę, zastanawiając się jak ma z tego wybrnąć. Mógł skłamać, ale Inga patrzyła na niego z taką nadzieją, że w końcu rzekł:
- Zobaczę, co da się zrobić. Ale to nie ode mnie zależy, więc nie rób sobie zbyt dużych nadziei.
- Dziękuję! – pisnęła z radości i niespodziewanie rzuciła mu się na szyję, składając na jego policzku głośny pocałunek. Dostojny Strażnik cofnął się, ale kąciki ust mu zadrżały.
Wysiedli na parterze ratusza i nim każde ruszyło w swoją, Ram zapytał:
- Mówiłaś, że książki są drugą miłością twojego życia. A co jest pierwszą?
Inga roześmiała się, a jej oczy zalśniły.
- Uprzykrzanie wam życia, oczywiście.

Czując się całkowicie zbędną, Inga wróciła do domu, do cudownej Sagi, do jej czystości i pięknych kwiatów. Unosiły się tu świeże zapachy, nie było spalin ani cuchnących śmieci, ulice lśniły bielą marmuru, a z ogrodów dobiegał śpiew ptaków.
- Mój kochany domek – mruknęła radośnie, wysiadając z gondoli na rynku. – Już nigdy cię nie opuszczę.
- Ingo!
Odwróciła się słysząc znajomy głos. Jej matka kroczyła ku niej sprężystym krokiem, młoda i piękna, jak dawniej. Blask Świętego Słońca potrafił zdziałać cuda.
Alise złapała córkę w objęcia.
- Ślicznie wyglądasz – powiedziała z czułością. – Gdyby nie te spodnie… – pokręciła głową z dezaprnbatą. – Mamy tutaj takie piękne sukienki, a ty wiecznie w tych spodniach. Naprawdę, Ingo, powinnaś zacząć się ubierać jak prawdziwa kobieta. Na pewno się pocisz pod tymi długimi nogawkami.
- Mamo… – zaczęła, ale Alise nie dała jej dojść do słowa.
- Słyszałam o tych biednych kobietach, to straszne, co się dzieje w naszym kraju. I ta dziewczynka… Jej matka musi szaleć z niepokoju, zaginęło jej jedyne dziecko.
- Mamo…
- I jeszcze Misa, kochana istota. Słyszałaś o niej jakieś wieści? Nie mogę uwierzyć, że właśnie ją spotkało coś tak strasznego, mam nadzieję, że wkrótce ją odnajdą. Theresa wspominała, że to Ram dowodzi całą operacją, a pomagają mu twoi przyjaciele. Że też młodzi się tak angażują, w starym świecie byłoby to nie do pomyślenia.
- Misy szuka Móri, nie Ram – wtrąciła szybko Inga, kiedy matka urwała, aby zaczerpnąć powietrza. – Ram zajmuje się sprawą mordercy kobiet.
Alise zamrugała, jakby nagle wyrwana z transu.
- Móri? – zdziwiła się, przeczesując pamięć. – A tak, rzeczywiście. A Marco szuka dziewczynki, teraz sobie przypomniałam – uśmiechnęła się, ale zaraz spoważniała. – Skąd ty to wszystko wiesz? Indra mi powiedziała, że nie wychodzisz z domu – dodała podejrzliwie. – Nie podoba ci się tutaj?
- Pomagam Ramowi – odparła ostrożnie, nie wiedząc jak matka zareaguje na tą wiadomość. – Zgłosiłam się zaraz na początku i…
- Ależ Ingo. – Alise wyglądała na przerażoną. – To miłe, że chcesz pomoc, ale przecież to niebezpieczne. Ten morderca…
Dziewczyna wpatrywała się w matkę z kamienną twarzą. Zupełnie jej nie poznawała. Gdzie się podziała ta opanowana kobieta z czasów na ziemi?
- Mamo – rzekła spokojnie. – Przecież Ram nigdy by nie pozwolił, żeby stało mi się coś złego.
- Wiem, kochanie – Alice uśmiechnęła się z troską. – Ale jesteś moim dzieckiem i nie ma nic dziwnego w tym, że się o ciebie martwię. Ach – rozjaśniła się nagle – nie uwierzysz kogo tu spotkałam! To niezwykłe, jaki ten świat mały!
Inga nie zdążyła się dowiedzieć, kto wprawił matkę w taką euforię, bo odezwał się jej telefon.
Dzwonił Marco z pytaniem, czy nie miałaby ochoty wybrać się z nim na spotkanie z Mórim i Dolgiem. Wiedział od Rama, że tymczasowo nie ma żadnego zajęcia, a w związku z ostatnimi wydarzeniami wolałby mieć ją na oku…
Inga zgodziła się bardziej niż chętnie, chociaż zupełnie nie rozumiała tej nagłej troski. Marco uparł się także, że po nią przyjedzie, chociaż by tu dotrzeć musiał nadłożyć drogi; wciąż przebywał w mieście nieprzystosowanych i tam właśnie umówił się z Dolgiem.
Inga pożegnała się z matką, dla świętego spokoju przytakując jej ostrzeżeniom i zapewnieniem, że wkrótce odwiedzi ją i ojca. Jeśli tylko znajdzie trochę czasu.
Kiedy lecieli z powrotem do osady, Marco opowiedział Indze o ostatnich wydarzeniach, które miały miejsce wkrótce po opuszczeniu przez nią ratusza.
Jaskari, wracając z gabinetu rewizora, został postrzelony przez nieznanego sprawcę. Rana nie zagrażała jego życiu, największe uderzenie przyjęły jego mięśnie, jednak stracił sporo krwi, więc zostawiono go na obserwację w szpitalu.
Dyrektor personalny również został postrzelony, jednak dla niego skończyło się to tragicznie. Napastnik zagonił go na dach, skąd trafiony, spadł prosto do rzeki, której nurt w tym miejscu był wyjątkowo porywający.
Inga zaraz pomyślała o Elenie. Miała nadzieję, że ktoś się nią zajął w tych trudnych chwilach. Dziewczyna była zauroczona Johnem i choć ich znajomość była dość przelotna, na pewno cierpiała po jego utracie.
Dotarli na obrzeże miasta nieprzystosowanych i Marco zaparkował na skraju lasu.
Kiedy wysiedli, Inga powiedziała:
- To dość dziwne miejsce na spotkanie.
- Dolg chce poprosić o pomoc elfy – wyjaśnił Marco, prowadząc ją przez gęste knieje. – Wciąż nie odnaleźliśmy dziewczynki i Misy, a czas ucieka.
Dotarli do rozległej polany, gdzie czekał na nich Dolg. Młody czarnoksiężnik był otoczony przez piękne, eteryczne istoty o kolorowych delikatnych skrzydełkach. Niektóre były wzrostu człowieka, inne zaś maleńkie niczym Calineczka, wszystkie jednak zdawały się zachwycone towarzystwem Dolga. Pośród szumu ich melodyjnych głosów, Inga wychwyciła imię Lanjelin.
- Więc to są elfy – szepnęła oczarowana, a chwilę później zwaliło się na nią ciężkie włochate cielsko, tak, że ledwie utrzymała się na nogach. – Nero!
Pies radośnie polizał ją po twarzy i rzucił się dalej, aby powitać Móriego, który właśnie wyłonił się spomiędzy drzew.
- Jedyny mężczyzna, który ma ochotę mnie całować jest psem – mruknęła, wycierając się. – Jakie to dołujące!
- Postąpiłeś doprawdy mądrze, Dolgu – odezwał się Marco. – Że też wcześniej nie przyszło nam to do głowy.
Polana z wolna zaczęła się zapełniać.
Przybył Cień, przyjaciel i obrońca Dolga, wraz ze swymi krewniakami. Osiem dostojnych duchów Móriego, niegdyś przerażająco szpetnych i budzących grozę swym wyglądem. Tu, w Królestwie Światła odzyskały dawną urodę.
Pojawiły się również duchy Ludzi Lodu; Tengel Dobry, Sol, Villemo, Heike, Shira, Mar, Ulvhedin, Ingrid i jeszcze kilkoro.
Inga nie potrafiła ukryć, jak bardzo się cieszy na ich widok.
Elfy jednak ostrzegły:
- Nikt z tych, którzy się tu zgromadzili, z wyjątkiem ludzi, nie może wejść do miasta nieprzystosowanych.
- Ależ dlaczego? – zdziwił się Dolg.
– Ponieważ Obcy pragną, aby nasze czyste dusze przyrody pozostały nie splugawione – odezwał się, ktoś za plecami Ingi.
Odwróciła się i aż jej zaparło dech w piersiach. Nieopodal stał Tsi-Tsungga, trzymając w objęciach swą wiewiórkę, Czika. Kiedy spojrzał na nią swymi błyszczącymi zielonymi oczami, aż zadrżała od nagłego przypływu podniecenia. Tajemnicza męskość elfów wprost z niego biła, choć on sam zdawał się nie mieć o tym pojęcia.
Z trudem odwróciła wzrok.
- W mieście nieprzystosowanych nie jest tak źle – zaoponował Móri, nie mogąc się pogodzić z tym, co powiedziały elfy. – Większość mieszkańców to na ogół przyzwoici ludzie.
– No widzisz, sam to powiedziałeś – zauważył Cień. – Na ogół. Są wśród nich złe indywidua, a zwykli ludzie… No cóż, większość z nich rzeczywiście nikomu nie wyrządzi krzywdy, ale normalni ziemianie nas nie akceptują. Ale co możemy dla was zrobić? Słyszeliśmy, że jedno z Madragów zaginęło. Z chęcią zajmiemy się odszukaniem tak miłej i dobrej istoty. Kto jeszcze zaginął?
Inga jednym uchem słuchała jak Marco opowiada o dziewczynce, a Dolg o złym człowieku, który zabijał kobiety, jednak jej myśli wciąż krążyły wokół brunatnego elfa. Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Widok nagiego torsu Tsi, jego szerokich barków i wąskich bioder sprawiał, że czuła się bardziej świadoma swego ciała, niż kiedykolwiek przedtem.
A przecież nawet jej nie dotknął!
Naprawdę, najlepiej zrobi, jeśli będzie się trzymała od niego z dala, bo nic dobrego nie może z tego wyniknąć.
Zaczęto opracowywać strategię i brzozowy lasek napełnił się szeptami. Przybyli obiecali przeszukać całą krainę, z wyjątkiem miasta nieprzystosowanych. Samo przez się rozumiało także, że nie zapuszczą się do północnej części, należącej wyłącznie do Obcych, ani też na południowe krańce. Wszyscy byli ciekawi, co się tam znajduje, ale prawdę poznało niewielu.
Inga drgnęła nerwowo, kiedy tuż przed nią nagle zmaterializowała się Sol. Żółte oczy czarownicy błyszczały w przytłumionym świetle lasu.
- Kuzyneczko – powiedziała przymilnym tonem. – Jak ci się układa z Markiem?
Ingę nieco zaskoczyło to dziwne pytanie.
- Jak? Chyba dobrze – wzruszyła ramionami. – Jak zawsze.
- Nie o to pytam. – Sol nachyliła się ku niej z tajemniczym uśmiechem. – Chodziło mi raczej jak się mają sprawy między wami.
Dziewczyna aż się cofnęła.
- Co? O czym ty mówisz? – szepnęła, szybko zerkając na Marca. Ten na szczęście był zbyt daleko aby mógł je usłyszeć.
Czarownica się roześmiała.
- Och, nie zgrywaj niewiniątka. Każda kobieta oddała by życie by go zaciągnąć pod pierzynę! Nie wspominając już o mnie – dodała z rozbrajającą szczerością.
- Ja nie myślę o nim w ten sposób.
- Nie? – zdziwiła się Sol. – Czy z tobą jest wszystko w porządku? Nie dostrzegasz jego… Zaraz, chyba, że jest ktoś inny?
Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko bezwiednie spojrzała na Tsi. Czarownica odwróciła głowę, podążając za wzrokiem Ingi.
- Leśne istoty nie są przeznaczone dla ludzi – w jej głosie brzmiała powaga. – Możesz mu pozwolić, aby ugasił żar trawiący twoje ciało, ale nic poza tym. To nie było by dobre ani dla ciebie, ani dla niego.
- Na Boga, Sol! – zdenerwowała się Inga. – Ja nie mam zamiaru niczego z nim robić!
- Ale cię podnieca, prawda? Wszystkie kobiety z Ludzi Lodu miały gorącą krew, więc nie byłoby w tym nic dziwnego. Nie mów mi, że nigdy nie byłaś z mężczyzną.
- Oczywiście, że nie! – oburzyła się Inga. – Jestem porządną dziewczyną.
Sol wytrzeszczyła oczy, jednak po chwili dostrzegła rozbawiony uśmiech krewniaczki.
Roześmiała się.
- A niech cię, prawie mnie przekonałaś.
- Chodziło mi o tą drugą część – mruknęła Inga ponuro.
- Więc ty naprawdę nigdy… – zaczęła zdumiona, ale urwała szybko, kiedy tuż obok pojawiły się dwa znajome duchy.
Inga odetchnęła z ulgą. Tematy dotyczące jej nieistniejącego życia seksualnego powinny spocząć na dnie najmroczniejszej otchłani.
- Trond i Dominik – powiedziała z uśmiechem. – Nie miałam okazji wam podziękować za uratowanie mi życia.
To oni spłoszyli Angsara, kiedy zamierzał ją dźgnąć nożem, za co była im niezmiernie wdzięczna.
- Nie ma za co. W końcu to był nasz obowiązek – odparł Dominik. – Mieliśmy cię chronić i tak właśnie czyniliśmy.
Uniosła brwi.
- Chronić? Dlaczego?
Trond spojrzał na nią jakby była niespełna rozumu.
- Pakowałaś się w każde napotkane bagno! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile trudu nas kosztowało utrzymanie cię przy życiu. Jesteś obłożona jakąś klątwą, czy co?
- Przynajmniej mieliśmy jakieś zajęcie – wtrącił Dominik, chcąc złagodzić słowa kuzyna. – Mieliśmy działać z ukrycia, więc to, że nas tamtego dnia widziałaś, było bardzo niefortunne.
W głowie Ingi z wolna kształtowała się jakaś myśl.
- Naprawdę przepraszam – rzekła szczerze. – Nie miałam pojęcia, że byłam aż tak kłopotliwa. Chociaż… może jednak miałam – mruknęła jakby do siebie. – Więc towarzyszyliście mi przez większość czasu?
Dominik skinął głową.
- Odkąd zaczęłaś przejawiać magiczne zdolności.
Dziewczyna myślała gorączkowo. W jej umyśle pojawiło się pewne wspomnienie, jeszcze z czasów na tamtym świecie. Co on wtedy powiedział? Że ma pomocników…
- Przeklęty kłamca – wyrwało jej się, nim zdążyła się opanować.
Mężczyźni spojrzeli po sobie, zdumieni.
- Coś nie tak? – zapytał Trond z niepokojem w żółtych oczach.
- Nie, nie. Po prostu właśnie daliście mi poprawną odpowiedź na pytanie, skąd Marco wiedział o mnie więcej niż powinien.
- Ach, no tak – przyznał nieco zmieszany Dominik. – Kiedy Marco wrócił z pierwszego spotkania z tobą, był nieco zagubiony. Nie do końca potrafił cię rozgryźć, dlatego poprosił, abyśmy mu nieco o tobie opowiedzieli.
Inga prychnęła.
- Nieco? Streściliście mu całe moje życie!
- Ale poruszyliśmy tylko te kwestie, które wydawały się nam ważne – dodał Trond jakby to miało ją uspokoić. – Nie wdawaliśmy się w żadne szczegóły…
- Które Marco sam sobie dopowiedział – warknęła, ale zaraz złagodniała. – Przepraszam. Nie powinnam was obwiniać, w końcu tylko wykonywaliście rozkazy.
Mężczyźni zgodnie przytaknęli. Nie musieli mówić, kto im zlecił śledzenie jej, bo dobrze to wiedziała.
Lucyfer.
Ta przeklęta bestia chciała znać każdy jej krok. Co za szczęście, że tutaj w końcu mogła się od niego uwolnić!

Kiedy Inga gawędziła z duchami, Cień sprowadził na polanę Madragów. Wezwano również Rama, aby nie poczuł się dotknięty, że nie zaproszono go na spotkanie.
Po szczegółowej naradzie, kiedy każdej grupie przydzielono określony teren do sprawdzenia, gromada zaczęła się rozchodzić. Elfy wznosiły się niczym jasne, niemal przeźroczyste stado ważek nad lasem. Duchy Móriego błyskawicznie rozpłynęły się wśród drzew, a na porośniętym trawą zboczu zaroiło się od najprzeróżniejszych duszków przyrody. Wreszcie zostali już tylko ludzie i Madragowie.
Postanowiono, że piękne wzgórze w lesie elfów będzie odtąd miejscem spotkań. Móri, który zamierzał posłużyć się swymi galdrami i spróbować odnaleźć Misę i dziewczynkę przy użyciu czarnoksięskiej mocy, zaproponował, że będzie łącznikiem. Miał tu siedzieć ze wszystkimi swoimi magicznymi rekwizytami i przyjmować wiadomości albo istoty, które przybędą zdać relację ze swych poszukiwań. Zostawiono mu mnóstwo sprzętu, w tym elektronicznego, którego używali Strażnicy.
Madragowie mieli udać się do swego laboratorium, gdziekolwiek się ono znajdowało, a pozostali wrócić do miasta nieprzystosowanych, wszakże tylko oni mogli tam wejść.
Inga nie zamierzała im towarzyszyć, była zmęczona i głodna, dlatego poprosiła Marca, żeby ją odwiózł do domu. Zwarzywszy na fakt, że dzień w Królestwie Światła był niezwykle długi, miała nadzieję, że uda jej się wziąć prysznic i coś zjeść, zanim pojawią się jakieś nowe informacje.
Kiedy lecieli do Sagi, pogrążyła się w myślach.
Zastanawiała się nad tym co powiedziała Sol. Czy kobiety rzeczywiście pragnęły Marca? Niewiele z nich go znało osobiście, więc zapewne pociągała je tylko jego nieziemska uroda. A przecież Marco miał do zaoferowania o dużo więcej, niż tylko piękną twarz. Był inteligentny, troskliwy, rycerski…
Święty.
Tak, to było właściwe słowo. Marcowi brakowało tego demonizmu, który pociągał kobiety z Ludzi Lodu. Czy wobec tego mógłby stać się dla niej kimś więcej niż tylko przyjacielem? Co prawda zwariowany mózg czasem podsyłał jej dziwne myśli, zupełnie bezsensowne zresztą, bo przecież Marco nie został stworzony do miłości i kobiety nie interesowały go pod względem erotycznym. Ale gdyby było inaczej, czy wtedy…?
Przeklęty Lucyfer! pomyślała w duchu i przytknęła rękę do ust, zdając sobie sprawę, co mogło z tego wyniknąć. Zapomniała, że Marco może „usłyszeć” jej myśli.
Spojrzał na nią zdumiony.
- Co się stało?
Uff, więc jednak nie wie o czym myślałam, odetchnęła z ulgą.
- Nie, nic takiego – zapewniła go szybko. – Po prostu… wydawało mi się, że nie wyłączyłam żelazka.
- Żelazka?
- No, takie coś do prasowania ubrań – wyjaśniła mu. – Wiesz, żeby nie były pogniecione.
Marco spojrzał na nią z czułością. Wiedział, że Inga przed chwilą myślała o nim, jednak nie znał żadnych szczegółów. Gdy tylko padło jego imię w myślach Ingi, „wyłączył” się, aby nie naruszać jej osobistej przestrzeni.
- Ingo, wiem co to jest żelazko. Nie rozumiem tylko po co go używasz, skoro nasze ubrania się nie gniotą.
Dziewczyna przez chwilę patrzyła na niego niezdecydowana, po czym wybuchła śmiechem.
- Cholera, rozgryzłeś mnie – powiedziała lekko zmieszana. – Tak naprawdę myślałam o tobie i nagle sobie uświadomiłam, że ty możesz tego słuchać.
Marco zatrzymał gondolę przed domem Ingi i odwrócił się w jej stronę, nie kryjąc rozbawienia.
- Wiem…
- Jak to wiesz?! – Inga zamarła w pół ruchu z przerażeniem wypisanym na twarzy. Więc on wie?!
- …ale nie słuchałem o czym dokładnie myślisz.
Indze spadł kamień z serca.
- Więc tym lepiej dla ciebie – mruknęła z ulgą.

Rozdział 20 – Śledztwo

Boże, ileż to czasu mnie tu nie było:) Ale wróciłam, można powiedzieć, że z prezentem na Mikołajki;)

 

Zwłoki kobiety przewieziono na obdukcję do laboratorium, natomiast Ramowi i jego młodym współpracownikom nakazano udać się do ratusza, gdzie mieli się spotkać z burmistrzem i szefem policji.
W przestronnej sali wykładanej marmurkową podłogą zebrały się grupki ludzi z miejskiej śmietanki, mimo to Ram bez trudu odnalazł w tym tłumie trzy kobiety, które zdawały się ich oczekiwać. Jedna miała zapłakaną twarz, druga pytająco pustą, a trzecia kompletnie pozbawioną wyrazu, wprost wrogą. Inga od razu nadała jej miano zimnej suki i jak się niebawem okazało, wcale nie pomyliła się w swej ocenie.
Owa kobieta, dumna i elegancka, okazała się być żoną burmistrza. Zapłakaną kobietę, bardzo podobną do tej pierwszej, jednak nieco niższą i okrąglejszą przedstawiono jako jej siostrę, a ostatnią jako siostrę rewizora.
Ram zwrócił się do prostej jak trzcina burmistrzowej:
- Zapewniam, że bardzo wielu ludzi wyruszyło na poszukiwanie waszej zaginionej córeczki.
- Mam taką nadzieję – odparła surowo. – Odnalezienie dziecka jest obowiązkiem korpusu Strażników, powinni to zrobić już dawno temu.
Inga zmarszczyła czoło z niedowierzaniem. Czy tej kobiecie naprawdę zaginęło dziecko?
- Jak trwoga to do Boga, co? – mruknęła na tyle głośno, że wszyscy ją usłyszeli.
Nie było tajemnicą, że mieszkańcy z osady nieprzystosowanych nie przepadali za Strażnikami posiadającymi znacznie większe uprawnienia niż oddział policji.
Spojrzenie, jakie posłała jej burmistrzowa, mogłoby zmrozić największego twardziela, ale na Indze nie wywarło żadnego wrażenia.
- Ingo – odezwał się Ram spokojnie. – W tej sytuacji zarówno burmistrzowa, jak i burmistrz, mają prawo wymagać od nas pełnej gotowości. W końcu zaginęło ich dziecko.
- Ona jakoś nie wygląda na szczególnie zmartwioną z tego powodu – wymamrotała pod nosem.
Przez twarz kobiety przemknął cień wściekłości, ale Ram nie pozwolił dojść jej do głosu.
- Każdy na swój sposób radzi sobie z bólem – rzekł wciąż spokojnie, ale z wyraźnym ostrzeżeniem w spojrzeniu – dlatego uważam, że powinnaś przeprosić burmistrzową za te nieprzemyślane słowa.
Strażnik nie mógł wiedzieć, że Inga rzadko robiła to, czego ktoś od niej oczekiwał, dlatego tym większe było jego zaskoczenie, kiedy usłyszał zdecydowane:
- Nie.
Cisza jaka zapadła była wprost uderzająca, nawet pozostali ludzie, nie mający nic wspólnego ze sprawą, przyglądali się im zaciekawieni. Armas, Elena i Jaskari wstrzymali oddechy, niepewni jak się to skończy, a Jori ukradkiem szturchnął Ingę, by się opamiętała. Znali Rama od dziecka, ale jeszcze nigdy nie widzieli, żeby ktoś się mu sprzeciwił.
Inga wyzywająco patrzyła w rozzłoszczone czarne oczy, gotowa na sprzeczkę, ale Ram po chwili odpuścił. Z głębokim westchnieniem pokręcił głową, jakby chciał dać wszystkim do zrozumienia, że to beznadziejny przypadek, po czym zwrócił się do Jaskariego i Eleny, by nie czekając na niego, udali się do laboratorium, oboje wszak zajmowali się medycyną.
Wtedy jednak do sali do sali ratusza weszła kolejna grupa osób i Ram zmienił zdanie.
- Zaczekajcie chwilę, może lepiej będzie, kiedy pozostaniecie tu na czas omawiania szczegółów zniknięcia dziewczynki.
Inga cofnęła się poza zasięg wzroku Strażnika i leniwie oparła o rzeźbioną kolumnę. Stąd miała doskonały widok na wszystkich zgromadzonych, tak więc bez przeszkód mogła ich obserwować.
Siostra burmistrzowej, zalewając się łzami, opowiadała, że do zniknięcia dziewczynki doszło, kiedy ona się nią opiekowała. Mała czytała w ogrodzie, a ona sama musiała iść po coś na drugą stronę domu. Nie było jej zaledwie moment, ale kiedy wróciła dziewczynki już nie było.
- Kiedy to się stało? – zapytał Ram spokojnie. – Potrzeba nam jak najdokładniejszego określenia czasu.
- Wczoraj rano, przypuszczam, że koło pół do dziewiątej.
Żona burmistrza rzekła krótko:
- Weronika nigdy nie oddalała się z domu, jest bardzo posłuszną dziewczynką.
Ram pokiwał głową.
- I nic pani nie słyszała? – zwrócił się do ciotki. – Żadnego krzyku ani odgłosu samochodu?
- Nic, absolutnie nic. Sąsiadów też nie było, więc…
Inga przestała słuchać i zamiast tego skupiła uwagę na Elenie. Przyjaciółka raz po raz, z wyraźnym onieśmieleniem, zerkała na młodego mężczyznę, stojącego po drugiej stronie sali i po dłuższej chwili obserwacji Inga stwierdziła, że działało to w obie strony.
Mężczyzna miał urodę Południowca, ciemne, niemal czarne włosy i piwne oczy. Sprawiał wrażenie niezwykle młodego, wręcz chłopięcego, jednak w jego twarzy było coś dziwnego, czego Inga nie potrafiła do końca określić. Jakby ta beztroska była tylko przykrywką dla jego prawdziwej natury.
Właściwie nie bardzo potrafiła zrozumieć, co Elena w nim widzi. Jej samej nie wydawał się jakoś szczególnie interesujący, ale też oceniała facetów przez pryzmat swego nieziemskiego ideału, a przy nim każdy wypadał dość blado.
W końcu w ratuszu pojawił się burmistrz wraz z szefem policji. Przedstawił zebranym swych współpracowników, dzięki czemu Inga dowiedziała się, że obiekt westchnień Eleny ma na imię John i jest dyrektorem personalnym, cokolwiek to znaczyło.
- Przyjdźcie za chwilę do mojego biura – rzucił burmistrz nie precyzując, do kogo się zwraca. – Muszę tylko najpierw coś załatwić.
Dyrektor personalny i komendant policji poszli razem z nim, trzy panie gdzieś się wycofały i grupka przybyłych została sama. Na czole Rama pojawiła się zmarszczka niepokoju.
- Co się stało, Ram? – zapytał Jaskari.
Strażnik długo nie odpowiadał, w końcu jednak westchnął ciężko i rzekł:
- Mamy chyba znacznie większy problem. Jeszcze ktoś zginął.
- Kolejna ulicznica? – zdziwił się Jori.
- O, nie, wręcz przeciwnie i to jak tylko się da. Misa z rodu Madragów.
- Ale jak…? – zaczęła Inga zaskoczona, ale szybko umilkła. W myślach zaś dokończyła: …można uprowadzić istotę o masie i gabarytach Madraga?
- Jakiś czas temu Misa powiedziała swoim pobratymcom, że wzywa ją Marco w związku z pewną pracą, która potrwa dwa tygodnie. Upłynęło jednak dwadzieścia siedem dni i Madragowie zaczęli się niepokoić. Skontaktowali się z Markiem, lecz okazało się, że on wcale nie posyłał po Misę.
- Marco musiał być wściekły, że w taki sposób nadużyto jego imienia – zmartwiła się Inga.
Ram pokiwał głową.
- Zadzwonił do mnie wczoraj wieczorem, nigdy jeszcze nie słyszałem w jego głosie takiego tonu. Wszyscy przecież znają jego niezwykłe opanowanie, nie zdarzyło się jeszcze, żeby podniósł głos. Tym razem też się tak nie stało, ale wyczułem jego niepokój i gniew.
Elena zerknęła na Jaskariego.
- Wiem, wiem, że wszyscy ludzie mają jednakową wartość, ale Misa jest kimś bardzo szczególnym, prawda?
Nawet Jaskari musiał to przyznać.
Czwórka Madragów była ostatnimi przedstawicielami bawolego ludu, wymarłej rasy, przez dziesiątki tysięcy lat więzionymi w twierdzy Sigiliona. Życie w niewoli uczyniło ich bezpłodnymi, dlatego zawsze miało pozostać ich tylko czworo: Chor, Tich, Tam i Misa. Nie mogli sobie pozwolić na utratę żadnego z nich, a teraz nagle zniknęła Misa, jedyna przedstawicielka płci żeńskiej wśród Madragów. To potężne, niezgrabne, sympatyczne stworzenie, które wszystkim tak dobrze życzyło.
- Sądzisz, że to może mieć jakiś związek z zaginionymi kobietami z tego miasta? – zapytała Elena ze łzami w oczach.
Ram zerknął na Ingę, jakby szukając u niej wsparcia, ale ona patrzyła w innym kierunku, pogrążona we własnych myślach.
- Nie przypuszczam, ale przecież niczego tak naprawdę nie wiemy – odparł z zastanowieniem. – Marco zajmuje się w tej chwili inną sprawą, ale przybędzie wraz z Dolgiem, jak tylko im się uda. Zamierzali też wyjawić wszystko Móriemu…
Dzięki Bogu, westchnęła Inga w duchu. Cała ta sprawa robiła się coraz bardziej zawiła i zdecydowanie przyda im się pomoc kogoś obdarzonego mocami. Ona sama, choć takowe posiadała, w tej chwili nie czuła się jakoś szczególnie przydatna, ale też Marco, Móri i Dolg mieli większe doświadczenie.
Wezwano ich do biura burmistrza.
Ram polecił Jaskariemu i Elenie, aby w końcu udali się do laboratorium, do Ingi zaś powiedział surowo:
- Bardzo cię proszę, nie odzywaj się, jeśli nie będzie to absolutnie konieczne.
Dziewczyna skinęła posłusznie głową, ale Strażnika, nie wiedzieć czemu, wcale to nie uspokoiło.

Narada w biurze burmistrza trwała, a Inga jak dotąd nie odezwała się ani słowem, tylko w skupieniu obserwowała zebranych. Chyba powoli zaczęło jej to wchodzić w nawyk.
Burmistrz, rosły mężczyzna o sympatycznej twarzy, był zupełnym przeciwieństwem żony. Wszystkich traktował przyjaźnie, nie wywyższał się, a na pytania odpowiadał najlepiej jak potrafił, choć na wspomnienie córki niejednokrotnie załamywał mu się głos. Nawet nie próbował ukrywać, jak bardzo poruszyło go jej zniknięcie i wydawał się w swych uczuciach szczery.
Mógł oczywiście udawać; wielokrotnie okazywało się, że oprawcami były osoby z najbliższego otoczenia pokrzywdzonego, ale Indze nagle przyszło do głowy, że przecież w prosty sposób może się o tym przekonać.
Komendant policji, łysy, wiecznie spocony i z wyraźną nadwagą, wyglądał jakby w każdej chwili mógł dostać zawału. Najwyraźniej nie czuł się zbyt dobrze w tym towarzystwie, jego pozycja niewiele znaczyła, kiedy w pobliżu znajdowali się Strażnicy.
Oprócz nich, w gabinecie burmistrza znajdował się jeszcze rewizor o rozbieganych, chytrych oczach, jakiś władczy typ, były wojskowy, nazywany po cichu Generałem oraz dyrektor personalny John, obiekt westchnień Eleny.
Właściwie każdy z nich mógł być mordercą, ale bez dowodów trudno byłoby im coś udowodnić.
- Wychodzi na to, że zaginęło pięć kobiet – stwierdził szef policji, ocierając błyszczące od potu czoło. – Do tego trzeba jeszcze dodać uczennicę, która nie pasuje do całości oraz jedenastoletnią córkę burmistrza. I Misę z rodu Madragów.
- Ogółem osiem – skinął głową Ram. – Wiemy, że uczennica lubiła szukać przygód i nie zaliczała się do najgrzeczniejszych dzieci, ten człowiek mógł ją wziąć za ladacznicę.
- Albo po prostu mu się chciało – mruknęła Inga, nim zdążyła się powstrzymać.
Ram zgromił ją spojrzeniem.
- Natomiast dwa ostatnie przypadki całkowicie odbiegają od schematu.
- Jakie podobieństwo łączy te kobiety? – zapytał Armas.
Nie dało się nie zauważyć, że zebrani odnoszą się do młodzieńca z rezerwą. Był wszak synem Obcego, a tych mieszkańcy osady nie lubili w jeszcze większym stopniu niż Strażników.
Armas był zarówno podobny do normalnych ludzi, jak i do Obcych. Nie miał wprawdzie sześciograniastych palców, odziedziczył natomiast po ojcu głęboko osadzone, przenikliwe oczy i owe niezwykłe jedwabiste włosy, które niczym peleryna spływały mu na ramiona. Sylwetkę miał prostą, uśmiechał się z powagą, jakby w zamyśleniu, umiał jednak, jeśli to konieczne, działać bardzo szybko. Przyniósł też na świat pewne umiejętności, które różniły go od normalnych ludzi, a których sam jeszcze do końca nie odkrył. Mieszkał w północnej części krainy należącej do Obcych, lecz nigdy nie opowiadał o pobratymcach swego ojca. Tak mu przykazano i rówieśnicy to szanowali.
- Poza tym, że wszystkie były dziw… to znaczy dziewczynami o wątpliwej reputacji, oczywiście – dodała Inga, kuląc się pod groźnym spojrzeniem Rama.
Boże, jaki drażliwy!
- Udało nam się zdobyć ich zdjęcia – rzekł z wyraźnym poirytowaniem, dając jej wzrokiem do zrozumienia, że to jego ostatnie ostrzeżenie. Na wielkim biurku ułożył siedem fotografii pięciu prostytutek, uczennicy i córeczki burmistrza.
Inga przemknęła między mężczyznami, żeby również móc coś zobaczyć. Nie przypadkowo stanęła tuż obok burmistrza.
W milczeniu porównywali zdjęcia.
- Wszystkie mają długie, kręcone włosy ciemnoblond – zauważył Jori.
- My także to zauważyliśmy. Wszystkie oprócz dziewczynki, ona jest bardzo jasną blondynką i w ogóle do nich nie pasuje.
Ram odsunął na bok fotografię jedenastolatki. Burmistrz chwycił ją trzęsącymi rękami.
- Odszukajcie moją córkę – szepnął, nie panując nad głosem.
To był dobry moment.
Rzekomo w geście pocieszenia, Inga położyła dłoń na jego ramieniu. Ten krótkotrwały kontakt i głębokie skupienie w zupełności wystarczyły, aby przekonała się, że ból burmistrza jest szczery. Czuła jego smutek, tęsknotę i strach, a także niewyobrażalne pragnienie, by odzyskać córkę. Był gotowy wiele poświęcić, byleby tylko dowiedzieć się, co się z nią stało.
Inga naprawdę potrafiła to zrozumieć; prawda, nawet ta najbardziej bolesna była dużo lepsza od ciągłej niepewności. Mimo wszystko wciąż miała nadzieję, że odnajdą dziewczynkę całą i zdrową.
Wciąż mając w pamięci emocje odebrane od burmistrza, z trudem skoncentrowała się ponownie na śledztwie.
Między piątką prostytutek istniało zauważalne podobieństwo, wszystkie miały owalne twarze, wąskie delikatnie wygięte brwi, jasną cerę i dość obfite kształty. Zupełnie jakby zabójca chciał się pozbyć wszystkich kobiet o podobnym typie urody.
- Ten opis może równie dobrze pasować do Indry czy do Eleny – zauważył Jori. – A one nie są podobne ani do siebie ani do tych dziewczyn.
- Hm – przyznał Armas. – Indra rzeczywiście się od nich różni, ale Elena…? Elena doskonale mieści się w ramach, jest prototypem ich wszystkich. Dobrze, że nie mieszka w tym mieście.
- Na szczęście Jaskari jest razem z nią – dodał Jori.
Po krótkiej naradzie spotkanie dobiegło końca i każdy wrócił do swoich zadań.
Jaskari czekał na nich w holu ratusza. Na ich widok poderwał się i ruszył im na spotkanie.
Ram natychmiast go zapytał:
- Gdzie Elena?
- Po obdukcji wyglądała na wykończoną – odparł beztrosko. – Odesłałem ją bezpośrednio do gondoli, bo chyba wracamy już do domu?
Na twarzy Strażnika odmalowała się surowość.
- Nidzie nie wracamy, ledwie zaczęliśmy wypełnianie naszych dzisiejszych zadań. I jak odważyłeś się puścić ją samą w tym śmiertelnie niebezpiecznym mieście?
Uśmiech Jaskariego przygasł.
- Phi! Chyba nikt nie zechce uprowadzić Eleny?
Ram wbił w niego wzrok.
- Nie? A dlaczego nie? Elena jest szczególnie zagrożona, przed chwilą właśnie powtarzaliśmy sobie, że na szczęście jest z tobą.
- Chodźmy na rynek – rzuciła Inga i nie czekając na resztę, ruszyła przodem.
Eleny nie było w gondoli ani nigdzie w pobliżu. Od czasu kiedy rozstała się z Jaskarim minęła już ponad godzina, więc naprawdę zaczęli się o nią martwić.
- Jakieś kłopoty? – rozległ się za nimi znajomy głos.
Inga odwróciła się szybko, a jej serce podskoczyło radośnie.
Nadszedł Marco wraz z Mórim i Dolgiem.
- Marco! – zawołała z ulgą i bez skrępowania rzuciła mu się na szyję. – Nie widziałam cię chyba ze sto lat! – aż do tej pory nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo za nim tęskniła.
- Elena zniknęła! – wykrzyknęli pozostali.
- Możecie być o nią spokojni – uśmiechnął się Dolg, kiedy zakłopotany Marco uwalniał się z uścisku Ingi. – Otrzymałem wieści od elfów, Eleną zajął się Tsi-Tsungga.
Oczy Ingi zalśniły.
- Tsi? A co on tutaj robi?
- Las elfów sięga niemal do najstarszej dzielnicy miasta, to niedaleko stąd – odpowiedział Ram.
Ach, to wyjaśniło, dlaczego do tej pory nie udało mi się go spotkać, pomyślała. Nigdy nie zapuszczałam się w te okolice, ale dobrze wiedzieć…
Wciąż pamiętała ogień, jaki wzbudziła w jej ciele bliskość zielonego fauna, tam, pod murem. Nigdy wcześniej ani później nie czuła niczego podobnego, żaden ludzki mężczyzna nie posiadał tak ogromnej siły przyciągania. A może po prostu z żadnym nie dotarła na tyle daleko, aby tę siłę poczuć. Nigdy nie przekroczyła tej cienkiej granicy, gdy dwie istoty stają się jednością, bo wciąż naiwnie czekała tego jedynego, który i tak był poza jej zasięgiem…
Nie, wróć! Co za absurdalna myśl!
- Ingo?
Łagodny głos Marca przywrócił ją do rzeczywistości. Spojrzała na niego spod rzęs, czując jak na jej policzki wpływa rumieniec.
- Hm?
- Co się stało? Wyglądałaś na wzburzoną.
- Yyy… To nic takiego. Rozmawiałam tylko z drugą stroną mojej osobowości – odparła tak obojętnie, jak tylko potrafiła, choć serce waliło jej jak szalone. – I odkryłam coś istotnego. Tak myślę.
Że chętnie znów zobaczyłabym Tsi, przemknęło jej przez myśl.
- Czy ma to związek z naszą sprawą? – zapytał Ram bez przekonania.
Inga pokiwała głową, wyraźnie zadowolona.
- Wiem, że burmistrz nie miał nic wspólnego z uprowadzeniem córki, więc możemy go wykluczyć z kręgu podejrzanych – powiedziała pewnie, wyjaśniając skąd to przekonanie.
Miała nadzieję, że dzięki temu odkryciu choć odrobinę zyska w oczach Strażnika, który bezsprzecznie miał ją za bezczelną i niewychowaną. Cóż, właściwie taka zazwyczaj była, ale to nie znaczyło przecież, że nie mogła również okazać pomocna.
- To fascynujące – odezwał się Jori, kiedy skończyła. – Czy w ten sposób nie możemy odnaleźć sprawcy?
- Czy ja wiem… Marco? – zwróciła się do księcia, unikając jego wzroku.
- Nie sądzę – rzekł po chwili zastanowienia. – W ten sposób możemy odbierać jedynie uczucia, nie myśli, więc bardzo trudno byłoby się zorientować, czego w danej chwili one dotyczą. Inga trafiła na właściwy moment, burmistrz był skupiony na córce, więc miała pewność, że jego smutek dotyczy właśnie jej.
Ram pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Wobec tego pozostają nam tradycyjne metody. Ale przynajmniej mamy jednego podejrzanego mniej. Dobra robota, Ingo.
Dziewczyna rozpromieniła niczym słoneczko, dumna z pochwały.
- Mam coś jeszcze – powiedziała z wyraźną satysfakcją. – Nie wiem, czy równie istotne, ale jestem prawie pewna, że mała Weronika nie jest dzieckiem zimnej suki. To znaczy burmistrzowej – poprawiła się szybko.
- Ciekawe określenie – mruknął Móri, który nigdy burmistrzowej nie spotkał, choć wiele o niej słyszał.
Ram zmarszczył czoło.
- Dlaczego tak uważasz? Czy nie wspominałem już…
- Tak, Ramie, pamiętam – przerwała mu. – Ale nie uważasz za dziwne, że jej siostra znacznie mocniej przeżywa zniknięcie dziewczynki? Moja kobieca intuicja podpowiada mi, że mam rację, a ona mało kiedy się myli.
- Może ją adoptowali – podsunął Armas, ale Inga pokręciła głową.
- Zastanawiałam się raczej, czy burmistrz nie był czasem wcześniej żonaty. Wydaje się bardzo kochać dziewczynkę, więc może… No, chyba że miał kogoś na boku. Co wcale nie byłoby takie dziwne – dodała jakby do siebie.
- Nie mam pojęcia – powiedział Ram. – Postaram się to sprawdzić, bo jeśli masz rację, mielibyśmy jakiś punkt zaczepienia. Albo przynajmniej prawdopodobny motyw – dodał, jednak po jego minie wywnioskowała, że uważa to za mało prawdopodobne.
- Jeśli masz opory przed zadaniem tego jakże kłopotliwego pytania, chętnie zrobię to za ciebie – zaproponowała ze złośliwym błyskiem w oku.
- Lepiej nie – uśmiechnął się Strażnik. – To zapewne skończyłoby się totalną katastrofą.

Podzielili się zadaniami. Marco zajął się poszukiwaniem dziewczynki, Móri skupił się na Misie, a Dolg dołączył do grupy Rama, by pomóc w ściganiu mordercy.
Stali teraz na drodze w pobliżu lasu elfów w towarzystwie szefa policji. Ram był zdania, że jego obecność jest konieczna, w końcu Elena niemal stała się ofiarą przestępstwa.
Inga tęsknie patrzyła za Tsi, który dość szybko się pożegnał. Wrażliwy na emocje innych, czuł, że szef policji patrzy na niego dość nieprzychylnie, dlatego wolał wrócić do swoich lasów.
Elena ze szczegółami opowiedziała, co jej się przydarzyło.
Po rozstaniu z Jaskarim zabłądziła w labiryncie wąskich uliczek i w ten sposób dotarła na obrzeża miasta, na rzadko używaną drogę wiodącą do lasu.
I wtedy pojawił się czarny samochód.
Przeczucie kazało Elenie uciekać i to prawdopodobnie uratowało jej życie – kierowca ewidentnie podążał właśnie za nią. Na szczęście udało jej się dotrzeć do lasu, gdzie, z pomocą Tsi, zgubiła prześladowcę.
Elena, co prawda nie widziała kierowcy, szyby samochodu były przydymione, ale wyznała, że dzień wcześniej zatrzymał się obok niej podobny samochód, prowadzony przez mężczyznę nazywanego Generałem. Oczywiście nie chciała nikogo oskarżać, bo przecież w mieście nieprzystosowanych było wiele czarnych samochodów.
Potem przypomniała sobie jeszcze, że kiedy biegła zapomnianą drogą, w pewnym momencie poczuła okropny smród, najpewniej dochodzący ze starych zabudowań, które widzieli rano z miejsca, gdzie znaleziono pierwsze zwłoki.
- Musimy to sprawdzić – oświadczył Ram niezwłocznie, na co Inga jęknęła ze zgrozą. Nie miała ochoty wracać w tamto miejsce, jednak wyraz twarzy Strażnika wyraźnie sygnalizował, że nie chce słyszeć żadnego sprzeciwu.
Przedzieranie się przez splątane chaszcze nie należało do przyjemności, jednak po chwili ich oczom ukazała się wąska ścieżka z odciśniętymi śladami opon samochodu. Im bardziej zbliżali się do stodoły, tym silniejszy stawał się wywołujący mdłości odór. W końcu nie dało się go już znieść, musieli przytknąć do twarzy chusteczki. Inga wykazała nieco większą inwencją; ignorując wszelkie zasady przyzwoitości, uniosła dół koszulki i przytknęła do nosa, tym samym ukazując wszystkim swój płaski brzuch. Ram oczywiście nie omieszkał posłać jej pełnego dezaprobaty spojrzenia, jednak nie powiedział ani słowa; powoli zaczął dochodzić do wniosku, że im bardziej się Ingę naciska, tym z większym uporem robi wszystko na przekór. Zresztą miał teraz ważniejsze sprawy na głowie.
Wybrał kilka osób, które miały mu towarzyszyć i po chwili razem zniknęli w stodole. Inga została wraz z Eleną, Jorim i szefem policji. Ten ostatni sprawiał ważenie chorego, spoconą twarz miał pobladłą, trzęsły mu się ręce i dziewczyna zaczęła się obawiać, czy dotrwa nim reszta wróci z szopy.
Strasznie nerwowy, pomyślała z zastanowieniem. Nie przypuszczała jednak, by szef policji miał coś wspólnego z morderstwem, pewnie wcześniej dostałby zawału niż zbliżył się do jakiejś kobiety.
Smród stawał się coraz bardziej nieznośny, a grupka w szopie pozostawała dość długo.
Inga odsunęła się na bok, próbując zająć myśli czymś przyjemniejszym.
Szkic na ścianie w jej sypialni zaczynał nabierać konturów. Przez cały wczorajszy dzień udało jej się nakreślić wysoką sylwetkę postaci, choć sama do końca jeszcze nie była pewna, kogo tak właściwe pragnie tam namalować. W jej głowie powstawały różne obrazy, a jeden szczególnie ją intrygował, jednak czy się odważy…
Drgnęła, kiedy przyjaciele wyszli z szopy. Milczący, przygnębieni, pobielali.
Ram podszedł do szefa policji.
- Są tam wszystkie – oświadczył krótko. – Cztery kobiety i uczennica.
- A… dziecko? Córka burmistrza? – zapytał Jori.
- Nie, jej ma. – Ram pokręci głową. – Ani Misy.
- Dzięki Bogu – odetchnęła Inga.
Komendant policji trząsł się jak w febrze.
- W jaki sposób zginęły? – dopytywał się Jori.
- Zostały uduszone. Nie zbadaliśmy ich dokładnie, ale wydaje mi się, że te ohydne naboje są na miejscu. Panie komendancie, niezbędne są tu staranne badania, ale pan jest zwolniony, skieruję tu swoich ludzi, to ma większy sens.
– Dlaczego ja jestem zwolniony? – oburzył się szef policji.
Ram rozważał odpowiedź.
– Ponieważ stan pana zdrowia pozostawia wiele do życzenia – rzekł wreszcie. – Przyślę tu jednego z moich najlepszych lekarzy, żeby pana obejrzał.
Otyły mężczyzna rozluźnił się.
Lekarze w Królestwie Światła właściwie niewiele mieli do zrobienia, stan zdrowia mieszkańców był wyśmienity, jedynie w mieście nieprzystosowanych nadal występowały choroby, dlatego też skupiali się głównie na badaniach medycznych, pomocy w nagłych wypadkach i ułatwianiu ludziom życia. Lekarze za pomocą odpowiednich kuracji usuwali drobne dolegliwości lub kosmetycznymi zabiegami poprawiali fizyczne niedostatki. W Królestwie Światła medycyna wyprzedzała zewnętrzny świat o stulecia. Ważny dział, jakim zajmowali się lekarze, stanowiła ochrona krainy przed infekcjami, bakteriami i wirusami z Królestwa Ciemności.
Inga marzyła tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w domu. Miała wrażenie, że trupi zapach przylgnął do jej ubrań i skóry i że już nigdy się go nie pozbędzie. Niestety to jeszcze nie był koniec jej pracy.
Dolg i Jori zostali na straży, natomiast pozostali udali się do ratusza złożyć raport. Wcześniej pozwolono im jednak skorzystać z luksusowych łazienek, wziąć prysznic i przebrać się w pożyczone ciuchy.
- Jak ja tego nienawidzę – mruknęła Inga, patrząc w lustro. Miała na sobie jasnozieloną sukienkę do pół łydki, idealnie dopasowaną do ciała, a na nogach miękkie buty z brązowej skórki. Jej długie włosy, jeszcze wilgotne, swobodnie spływały na plecy, a z żółtych oczu wyzierała niechęć. – Już wolałabym iść nago – dodała, zerkając na Elenę.
Przyjaciółka miała podobną sukienkę, tylko w kolorze ciemnego brązu, ozdobioną u dołu haftowanymi kwiatami.
- Wyglądasz świetnie – stwierdziła Elena, poprawiając włosy. – Powinnaś zacząć nosić sukienki, mężczyźni to lubią.
Inga uśmiechnęła się leniwie.
- Tak jak John?
Elena spłonęła rumieńcem i odwróciła wzrok.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytała drżącym głosem. – Prawie go nie znam.
- Być może jeszcze nie – zgodziła się Inga, szczerząc zęby – ale chyba wkrótce się to zmieni.
- Naprawdę tak myślisz? – Elena ostrożnie uniosła wzrok, jakby nie potrafiła w to uwierzyć. Nigdy nie była zbyt pewna siebie, więc fakt, że zainteresował się nią tak niesamowity mężczyzna jak John, był niezwykły.
- Jasne – odparła Inga szczerze. – Nie da się ukryć, że mu się podobasz, to jak na ciebie patrzy… – urwała nagle, a przez jej twarz, nie wiedzieć czemu, przemknął cień smutku. Szybko się jednak zmitygowała, dodając wesoło: – Wróżę wam długą, wspaniałą przyszłość.
Elena roześmiała się.
- Naprawdę to potrafisz? Przepowiadać przyszłość?
Inga zawahała się. Nikomu nie mówiła o swoich wizjach, zresztą odkąd przybyła do Królestwa Światła nie miała ani jednej, więc może lepiej niech to pozostanie tajemnicą.
- Nie, na szczęście nie – odparła w końcu z udawaną ulgą. – Ale teraz lepiej już chodźmy, zanim Ram zacznie nas szukać.
Wszyscy byli już na miejscu, czekano tylko na nie, więc od razu mogli ruszyć na spotkanie z burmistrzem i jego najbliższymi współpracownikami.
Strażnik mówił o wszystkim, co Inga już wiedziała, więc nawet nie starała się go słuchać. Zamiast tego przyglądała się Elenie i Johnowi; ukradkowe spojrzenia jakie sobie posyłali, utworzyły w jej sercu dziwną pustkę.
Czy naprawdę była aż tak spragniona bliskości drugiego człowieka, że widok pary zakochanych sprawiał jej ból?
Nie zdążyła się nad tym zastanowić, bo tamci właśnie zakończyli rozmowę i Ram nakazał młodym powrót do domu.
Była to najszczęśliwsza wiadomość tego dnia, dlatego Inga szybko pomachała przyjaciołom na pożegnanie i już jej nie było.
Niezrażona odległością jaka ją dzieliła od Sagi, ruszyła w drogę, a jej głowa pełna była przedziwnych myśli i pragnień, do których nie chciała się przyznać nawet przed samą sobą.

Rozdział 19 – Niepokój

Inga spacerowała po pogrążonym w nocnej ciszy mieście. Nocą światło było tu niezwykłe, przytłumione i łagodne, o nieco chłodniejszym odcieniu niż za dnia.
Nowa osada, której uliczkami krążyła, została wybudowana dla Dolga i Marca. Otrzymała nazwę Saga, na cześć matki Marca, Sagi z Ludzi Lodu. Wprowadzili się do niej wszyscy nowo przybyli, a także rodzina czarnoksiężnika wraz z przyjaciółmi, Okiem Nocy, Tsi-Tsunggą i małą Siską z Królestwa Ciemności.
Ravi i Alise nalegali, aby Inga zamieszkała z nimi, co dziewczynie ani trochę nie odpowiadało. Rodzice uważali, że jest zbyt młoda i lekkomyślna, a przecież posiadanie własnego domu to duża odpowiedzialność. W rzeczywistości jednak chcieli po prostu mieć córkę na oku, bo choć do tej pory sprawowała się nienagannie, byli pewni, że nie będzie to trwało wiecznie.
Całe szczęście, był jeszcze Marco. Inga zadręczała go tak długo i wytrwale, jak tylko ona potrafiła, aż w końcu uległ i porozmawiał z Ravim. A ponieważ Ravi głęboko sobie cenił zdanie Marca, niemalże natychmiast przyznał mu rację, że najwyższa pora, aby córka się usamodzielniła i zaczęła żyć na własny rachunek.
Tak więc Inga osiągnęła to, czego chciała i niedługo potem mogła się wprowadzić do niedużego piętrowego domku z wieżyczką, stojącego na skraju lasu, w znacznym oddaleniu od pozostałych siedzib.
Sama wybrała to miejsce, ciche i spokojne, a do tego niebywale urodziwe.
Niestety ta lokalizacja miała również swoje złe strony, a właściwie jedną: nie docierała tu żadna z pasażerskich gondoli, więc chcąc odwiedzić mieszkających po drugiej stronie osady Ludzi Lodu, musiała pokonywać bardzo długo trasę. Posiadanie własnego pojazdu wiele by jej ułatwiło, jednakże wiązało się to z ogromną ilością nauki, także nawet nie zamierzała o tym myśleć. A przynajmniej nie w tym momencie.
Tej nocy jednak brak transportu nie stanowił żadnego problemu, z przyjemnością wybrała się na dłuższą przechadzkę. Miała nadzieję, że zmęczenie przegoni ten dziwny niepokój, który ją dręczył, nie pozwalając zasnąć.
Nie potrafiła odnaleźć jego źródła, ale mimo to czuła, że zbliża się coś niedobrego. Coś, co nie powinno mieć miejsca w Królestwie Światła.
Bardzo chętnie podzieliłaby się swymi obawami z Markiem, jednak nie chciała zakłócać jego odpoczynku. Wysoka pozycja jaką zajmował w Sadze, przysparzała mu wielu obowiązków, więc po dniu pełnym pracy musiał być zmęczony. Budzenie go o tej porze byłoby z jej strony niemądre, zwłaszcza, że nie rozumiała nawet, czego się właściwie boi.
Postanowiła, że wybierze się do niego rano, bo i tak planowała uczynić to w najbliższym czasie. Minęło kilka tygodni odkąd widzieli się po raz ostatni; urządzanie domu tak ją pochłonęło, że straciła kontakt ze światem zewnętrznym. Choć telefon zdawał się nie milknąć ani na moment, ona stanowczo odmawiała wszelakich spotkań i kategorycznie zabraniała odwiedzin, dopóki wszystko nie będzie gotowe.
Teraz, kiedy dom wyglądał dokładnie tak, jak tego pragnęła, mogła wreszcie udać się na zasłużony odpoczynek i odświeżyć swoje życie towarzyskie. Zamierzała zacząć od Marca, ale… Cóż, nie miała pojęcia, jak to się stało.
Była już ubrana i gotowa do wyjścia, cieszyła się nadchodzącym spotkaniem, kiedy nieoczekiwanie dało o sobie znać to nieznośne pragnienie, które ją dręczyło odkąd pierwszy raz przekroczyła próg tego domu. Długo mu się opierała i oszukiwała samą siebie, że to nic takiego, że wkrótce jej przejdzie, a ten kawałek niepomalowanej ściany w sypialni pozostawiła tylko po to, aby nieco rozjaśnił mroczne wnętrze zaprojektowane na wzór komnaty z Czarnych Sal. Ale ta czysta, śnieżnobiała ściana tak bardzo kusiła, niemal krzyczała i w końcu Inga jej uległa, choć obiecywała sobie, że nigdy więcej niczego nie namaluje.
Mimo upływu lat, wciąż pamiętała ostre słowa krytyki, jakie padły z ust nauczycielki sztuki, kiedy postanowiła wreszcie pokazać jej swoje obrazy. Kobieta była oburzona i zdegustowana, a jej długie przemówienie na temat nieprzyzwoitości, pełne było wzmianek o ogniu piekielnym i wiecznym potępieniu. Zaproponowała nawet wizytę u psychiatry albo najlepiej od razu egzorcyzmy, bo według niej z Ingą było coś bardzo nie w porządku, skoro wyobraźnia podsuwała jej TAKIE wizje.
Wtedy nie pojmowała, dlaczego nauczycielka potraktowała ją tak okrutnie, ale z perspektywy czasu zaczęła rozumieć, że dwunastolatka malująca sceny rodem z filmów dla dorosłych, nie wulgarne, ale bezsprzecznie emanujące dużym erotyzmem, nie mogła zostać przyjęta inaczej. Szczególnie, że jej nauczycielka była osobą głęboko religijną, więc demony i inne stwory z piekła rodem musiały nieźle nią wstrząsnąć.
Ingę ta krytyka bardziej zdenerwowała niż zabolała, postarała się nawet o stosowną zemstę na nauczycielce, która dość długo chorowała po tym zdarzeniu, ale po pędzel więcej nie sięgnęła.
Aż do teraz.
Już na samą myśl o malowaniu czuła radosne podniecenie i zniecierpliwienie, aby ujrzeć efekt swojej pracy. Zraziła się, ale to przecież było na Ziemi, tutaj, w Królestwie Światła ludzie inaczej postrzegali istnienie istot nadprzyrodzonych. A przynajmniej ci, którzy byli świadomi ich istnienia. Zresztą nie miała najmniejszego zamiaru nikomu tego pokazywać, malowała wyłącznie dla siebie.
Najtrudniej było zacząć, bo chociaż miała już w głowie dokładny projekt, nigdy nie tworzyła na tak dużej powierzchni. Nie minęło jednak wiele czasu, a pogrążyła się w artystycznym transie…

Tego samego dnia, kiedy Ingę pochłonęło malowanie, w Królestwie Światła pojawiły się poważne problemy.
Zaczęło się od eksplozji w magazynie fajerwerków w mieście nieprzystosowanych. Nikt inny, poza mieszkańcami tej osady, nie wymyśliłby produkcji fajerwerków w kraju, gdzie króluje wieczne słońce. Jego promienie nie docierały tylko do tego miasta.
Osada ta, stanowiła brzydką plamę na idealnym obrazie Królestwa Światła. Było to jedyne miejsce, gdzie przeniesiono się jeszcze dalej w głąb Ziemi.
Mieszkańcy nie chcieli, aby ich miasto oświetlało oddzielne słońce, dlatego panowało tam przytłumione światło, docierające z odległej stolicy. Ludzie jednak i z tego nie byli zadowoleni, wybudowali więc miasto pod ziemią. W ciągu dnia pracowali na górze w urzędach i fabrykach, nocą spali na dole.
Miasto prezentowało sobą bezładną mieszaninę szczegółów, wywodzących się z różnych epok – ludzie, którzy nie mogli pogodzić się z życiem w Królestwie Światła, chcieli, aby wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak w ich świecie na powierzchni Ziemi. Nie dało się przecież odesłać nikogo z powrotem, dlatego Strażnicy starali się zrobić wszystko, by mieszkańcy dobrze się tu poczuli, choć niekiedy świerzbiły ich palce, żeby pozbyć się najbardziej kłopotliwych indywiduów, lecz zabraniała im tego kultura.
Zapewne wcześniej zdarzało się, że mniej szczęśliwie dobrani osobnicy, kryminaliści i im podobni znikali, ale teraz już tego nie praktykowano. Wszyscy mieli prawo do życia, nawet ci, na których Święte Słońce nie wywierało żadnego wpływu albo zbyt mały.
Oczywiście nie wszyscy mieszkańcy tej osady byli z gruntu źli, większość to przyzwoici ludzie, którzy po prostu niedobrze się czuli w ukrytym w głębi Ziemi kraju.
Młodzi niechętnie odwiedzali te rejony, ale ponieważ zarówno Jaskari, jak i Elena, należeli do grupki rezerwowych porządkowych, wykorzystywanych, kiedy potrzebowano liczniejszego personelu, właśnie im zlecono pilnowanie magazynu z fajerwerkami. Oprócz nich znaleźli się tam również Jori i Armas szkolący się na Strażników oraz Indra, która z braku lepszego zajęcia, postanowiła im towarzyszyć.
To właśnie ona, po dniu nudnego stróżowania, niespodziewanie odwiedziła Ingę i opowiedziała jej o tajemniczych zniknięciach kobiet z miasta nieprzystosowanych, a także o ostatniej zaginionej, małej córeczce tamtejszego burmistrza.
Inga, przypuszczając, że może mieć to coś wspólnego z jej wczorajszym niepokojem, bez chwili wahania skontaktowała się z prowadzącym dochodzenie Strażnikiem i zaoferowała swoją pomoc.
W ten oto sposób również ona została wciągnięta w milczącą grozę, która zawisła nad Królestwem Światła.

Strażnik, który odpowiadał za dochodzenie w mieście nieprzystosowanych nosił imię Ram. Był dowódcą Strażników, a do tego stanowił najwyższą instancję do której mogli się zwracać w razie potrzeby. Byli też tacy, którzy stali od niego wyżej, na przykład Rada Starszyzny, nie mówiąc już o Obcych, Ram jednak został wyznaczony do kontaktów z ludźmi.
Był typowym Lemuryjczykiem. Czarnooki, jak Dolg, wyglądał na jakieś trzydzieści lat, w gruncie rzeczy musiał jednak być strasznie stary, ponieważ dosłużył się tak wysokiego stanowiska. Zachowywał się z godnością i wyniosłym spokojem. Był majestatyczny, pełen rezerwy i tajemniczy, a przy tym niezwykle pociągający, jak wszyscy Lemuryjczycy.
Inga nie znała go zbyt dobrze, dlatego ucieszyła się widząc na miejscu zbiórki Joriego, Armasa i Elenę, choć jej radość nie trwała długo.
Po drodze Ram wyjaśnił młodzieży, że na obrzeżach miasta znaleziono zamordowaną kobietę i właśnie to miejsce jest ich pierwszym celem.
Inga nie do końca miała na myśli takie doświadczenia, kiedy zgłaszała swoją chęć pomocy, zwłaszcza, że sprawa okazała się nadzwyczaj trudna.
Zmarła leżała w rowie już od dłuższego czasu, może nawet rok, jak przypuszczano, a wypełniająca rów woda tylko pogarszała sprawę. Z cała kobiety niewiele zostało, szkielet, resztki skóry i włosów, trochę przegniłych strzępków ubrania. Widok niebywale wstrząsający, szczególnie dla kogoś, kto z podobnymi rzeczami nigdy wcześniej się nie spotkał.
Indze wystarczyło jedno spojrzenie na zwłoki, by pojąć, że to był bardzo zły pomysł. Jej twarz zrobiła chorobliwie zielona, a okropny odór śmierci unoszący się wokół przyprawił ją o mdłości. Czym prędzej odeszła na bok, aby przypadkiem nie zwymiotować prosto na dowody zbrodni, co zapewne nie uszczęśliwiłoby Strażników.
Pocieszające było to, że Elena również nie czuła się zbyt dobrze, choć przecież była pielęgniarką. Nawet Jori nieco pobladł, jedynie Armas przyjmował wszystko ze stoickim spokojem. Może fakt, że był pół-Obcym czynił go mniej wrażliwym na takie okropieństwa.
Inga naprawdę zaczynała żałować, że nie została w domu, gdzie w spokoju mogłaby kontynuować swoje dzieło, zwłaszcza, że nie miała nawet pojęcia, do czego właściwie mogłaby się tu przydać.
Z bezpiecznej odległości przysłuchiwała się jak Ram rozmawia z innym Strażnikiem.
Wyglądało na to, że kobietę uduszono, a w sprawę mógł być zamieszany jakiś wojskowy – w jej pochwie znaleziono nabój.
- Nabój? – zainteresował się Armas. – Znaleźliśmy wczoraj nabój przy magazynie fajerwerków. Ktoś musiał go tam zgubić w ciągu dnia, bo rano go jeszcze nie było.
Strażnicy patrzyli na nich z zainteresowaniem.
- Co z nim zrobiliście? Wyrzuciliście go?
- Niee – Jori i Armas zająknęli się niepewnie. – Nie bardzo wiemy…
- Jaskari włożył go do kieszeni – odparła Elena.
- Jori – poprosił Ram. – Weź gondolę i przywieź go, natychmiast.
Jori pośpiesznie się oddalił, żegnany tęsknym spojrzeniem żółtych oczu.
Że też musiała się w to wpakować!
Strażnik zaczął wypytywać Armasa i Elenę o wygląd naboju i ludzi, którzy przechodzili w pobliżu magazynu. Nie było ich znów tak wielu, burmistrz, szef policji, rewizor i Rosalinda, największa plotkara z osady. Ją zresztą od razu wykluczono, bo bezsprzecznie była to robota mężczyzny. Później pojawił się jeszcze Heinrich Reuss von Gera, którego młodzi dobrze znali, bo przybył do Królestwa wraz z rodziną czarnoksiężnika. Dawno temu należał do Zakonu Świętego Słońca, ale w końcu przeszedł na stronę dobra.
– No i jeszcze Opryszek – wyrwało się Elenie. – On do nas podszedł.
– Opryszek? – zdziwił się Ram.
Młodzi opisali go.
– Ach, ten? – Strażnicy nie mogli powstrzymać się od uśmiechu. – Rzeczywiście przezwisko pasuje do niego jak ulał. Ale czy on nie jest na to za głupi?
– Czy do tego potrzeba inteligencji? – zastanawiał się Armas, wskazując na leżące w trawie zmasakrowane ciało.
Inga była rada, że ze swego miejsca go nie widzi. Ciało co prawda już zakryto, ale i tak wciąż widziała je oczami wyobraźni. Szybko odwróciła wzrok, starając się skierować myśli na inne tory.
Znajdowali się na skraju miasta, na drodze biegnącej do położonego nieco dalej lasu. Z lewej strony rozciągały się rozległe pola i łąki, z prawej odchodziła mniejsza dróżka. Las był tu nieduży, zaniedbany i zarośnięty, a pośród zarośli majaczył dach jakiejś stodoły, czy podobnego opuszczonego budynku.
- Czy to tutaj ją zamordowano? – spytała, by w choć małym stopniu okazać swe zaangażowanie.
- Nie da się tego stwierdzić, równie dobrze mogła po prostu zostać wrzucona do rowu, a zabita w jakimś innym miejscu. Za późno na szukanie takich śladów.
Powoli rozpoczęto przygotowywania do transportu zwłok, więc szybko się odwróciła, byleby tylko na to nie patrzeć, choć to, co już zdążyła ujrzeć, było dużo gorsze. Niewątpliwie będzie miała koszmary.
Wrócił Jori w towarzystwie Jaskariego, który, jak podejrzewała, nie potrafił powstrzymać swej ciekawości.
Nabój który przywiózł okazał się taki sam, jak ten, który znaleźli w ciele kobiety i według jednego ze Strażników, pochodził z końca dziewiętnastego wieku. To eliminowało sporo osób, w tym Heinricha Reussa, on przybył tutaj w roku tysiąc siedemset czterdziestym szóstym.
- Czy wiadomo kim była ta kobieta? – zapytał Jori.
- Tak – odparł Ram. – Zidentyfikowano ją na podstawie resztek ubrania. Zniknęła jako pierwsza, miała na imię Doris. Ulicznica.
- Jak większość z tych, których nie możemy odnaleźć – wtrącił inny Strażnik.
Cóż, stanowiły łatwy cel, pomyślała Inga z goryczą. Handel własnym ciałem jakoś nieszczególnie ją zaskoczył w tym mieście.
- Czy wiemy w ogóle, jak nazywają się zaginione?
- Znamy kilka imion – odpowiedział Ram. – A szef policji, którego mamy spotkać w laboratorium, przyrzekł dostarczyć możliwie pełną listę.
- Najważniejsze są, rzecz jasna, te dwie ostatnie – powiedziała Elena. – Uczennica, no i mała córka burmistrza.
Jaskari popatrzył na nią surowo.
- Wszyscy ludzie są ważni, powinnaś to wiedzieć, ty szczotko do zamiatania.
- Ale tamte inne były takie… zdemoralizowane – odparła niepewnie, udając, że nie słyszała kwestii dotyczącej jej włosów, z których była naprawdę dumna. Niestety wyglądało na to, że tylko ona jedna, przyjaciele uważali że powinna się pozbyć tej gęstej grzywy drobno wijących się loczków, spod których ledwie było widać jej twarz i która upodabniała ją do stracha na wróble.
Jaskari westchnął ciężko.
- Wiemy, że mama Danielle i tatuś Leonard surowo wychowali swoją jedyną córkę, ale…
- Zamknij się, Jaskari – przerwała mu nagle Inga.- Elena może mieć trochę racji, choć może nie w tym kontekście. Zaginięcie dziewczynki zupełnie nie pasuje do pozostałych, całkowicie odbiega od schematu, wobec czego można przypuszczać, że ona wciąż żyje. Bo co do pozostałych to mam wątpliwości…
Ram uniósł brwi w zastanowieniu.
- Uważasz, że zaginięcia tych kobiet i córki burmistrza to dwie odrębne sprawy?
Inga wzruszyła ramionami.
- To tylko moje przypuszczenia, nie wiem, czy są słuszne. Myślę jednak, że powinniśmy wziąć pod uwagę wszystkie opcje, prawda? Żeby się później nie zdziwić…

Rozdział 18 – Nowe czasy

Wszyscy bez wyjątku musieli poddać się radykalnemu oczyszczeniu, a następnie rozpoczęli długą kwarantannę bez możliwości komunikowania się z kimkolwiek z Królestwa Światła.
Nikt z nowo przybyłych nie wiedział, że już po raz drugi tego samego dnia poddani zostali oczyszczeniu. Każdy, kto zjawiał się w Królestwie musiał przez to przejść, na ogół jednak zabieg odbywał się w czasie podróży, gdy ludzie pogrążali się w hipnotycznym śnie.
Najgorzej miała się Siska, jedyna pociecha, że mogła przez kratę rozmawiać z Berengarią. Długo musieli też siedzieć w odosobnieniu Jori i Elena, ale nie oszczędzono nikogo, nawet Obcych ani należącej do Tsi wiewiórki, która przecież nie zbliżyła się do dzikich.
Inga umierała z nudów, zamknięta w sterylnym pomieszczeniu bez okien. Całe szczęście, że mogła się chociaż kontaktować telepatycznie z Markiem, w innym wypadku chyba by zwariowała.
Przez długie godziny zadręcza go pytaniami, a ponieważ często rozmawiał z Obcymi, mógł jej wiele powiedzieć.
Siska musiała szczegółowo opowiedzieć swoją historię, dzięki czemu wszyscy głębiej pojęli pragnienie młodzieży, by przeprowadzić ją przez mur, choć nie obyło się bez wymówek.
Osada z której pochodziła, leżała głęboko w Królestwie Ciemności, a lud który ją zamieszkiwał należał do scytyjskiego plemienia, pochodzącego z bezkresnych stepów Rosji i Środkowej Azji.
Owe plemię od wieków stosowało zupełnie niezrozumiałą praktykę – raz na dziesięć lat wybierali czteroletnią dziewczynkę, boginię-dziewicę, która miała przywabić Światło do ich osady. Kiedy po tych dziesięciu latach panowania, nie udało się jej wypełnić swego zadania, stawała się ofiarą dla okolicznych mężczyzn, którzy zgodnie z prawem mogli ją posiąść, a jej miejsce zajmowała kolejna wybranka.
Dla dziewczyny spotkanie z tłumem rozochoconych mężczyzn kończyło się śmiercią; Sisce jednak, jako jedynej, udało się uciec, nim podzieliła los swych poprzedniczek.
Nie tylko Siska została przesłuchana, również Tsi-Tsungga musiał odpowiadać na pytania, choć mieszkał w obrębie Królestwa. Jego domem była Stara Twierdza, jedno z miejsc objętych zakazem, więc Obcy tym bardziej byli ciekawi, w jaki sposób młodzież poznała leśnego elfa.
Czas upływał niemiłosiernie wolno, minuty zdawały się godzinami, a Ingę zaczęły ogarniać samobójcze myśli, kiedy wreszcie kwarantanna dobiegła końca; nikt nie zdradzał objawów choroby, wobec czego pozwolono im wrócić do domów.
Tsi miał zostać odesłany do swoich ruin, ale młodzi protestowali tak gorąco i szczerze, że w końcu zamieszkał w pobliżu Wschodniej Rzeki, w osadzie Joriego i Jaskariego. Tam też osiedlili się Móri i Dolg.
Ludzie Lodu woleli zamieszkać w Zachodnich Łąkach, w sąsiedztwie rodziców Berengarii i Eleny oraz Oka Nocy, Indiańskiego przyjaciela młodzieży. Tam też, u Berengarii, tymczasem ulokowano Siskę.
Inga bardzo szybko przyzwyczaiła się do nowego życia. Pierwsze, dość dramatyczne spotkanie z Królestwem Światła dało jej fałszywe wyobrażenie, ale w miarę upływu czasu ogarnął ją spokój. Pierwsze dni spędziła na pieszych wędrówkach, zapuszczając się coraz dalej, w głąb kraju i po każdym powrocie do domu z zaskoczeniem stwierdzała, że taki wysiłek jest bardzo przyjemny.
Jak na razie trzymała się miejsc ogólnodostępnych, tereny zakazane nieszczególnie ją kusiły, chociaż raz czy dwa zdarzyło się jej zapuścić do lasu w pobliżu Starej Twierdzy. Do samych ruin jednak nie odważyła się podejść, tak samo jak do wioski pobratymców Tsi-Tsunggi, leżącej w ich pobliżu. Wiedziała, że owe plemię jest niezbyt przyjaźnie nastawione do obcych, a spotkanie z nimi mogło okazać się nawet niebezpieczne.
Zapytała kiedyś Strażnika Góry, dlaczego wobec tego, wyrazili zgodę, by tak nieprzychylne istoty zamieszkiwały w obrębie kraju? Dlaczego nie odgrodzili się od nich murem, tak jak od mieszkańców Królestwa Ciemności?
Wtedy po raz pierwszy usłyszała historię Królestwa Światła i dowiedziała się, gdzie rzucił ich los.
Kiedyś dawno, dawno temu, w praczasach, Obcy przybyli tutaj przez ukryte przejście, czyli ich własne Wrota, których nikt inny nie znał, i osiedlili się w północnej części kraju. Działo się to na długo przedtem, zanim na Ziemi zapanował gatunek ludzki. Tutaj, w centrum Globu, wszystko tonęło w ciemnościach i Obcy w zajmowanej przez siebie części ulokowali jedno ze swoich słońc. Mieli jednak zamiar zbadać całą okolicę i kiedy przesunęli się bardziej na południe, dostrzegli tam słabe światło.
Nieśli ze sobą własne słońce, widzieli więc, że wędrują przez bardzo piękną okolicę. Poza tym jednak krajobraz spowijał mrok. Przed nimi tliło się tylko to jedno jedyne słabe źródło światła.
Kiedy podeszli bliżej, przekonali się, że pochodzi ono z ogniska i sączy się na zewnątrz przez otwory okienne jakiejś budowli.
Obcy byli ludem życzliwie usposobionym do świata, posiadali jednak groźną broń. Mogli z łatwością uśmiercić mieszkańców twierdzy. Uznali to jednak za zupełnie bezsensowne, ponieważ mieszkańcy grodu znajdowali się tutaj przed nimi…
Obcy oraz tajemniczy lud ze zrujnowanej osady, która w tamtych czasach była wspaniałą twierdzą, a nie ruinami jak teraz, doszli do porozumienia. Obcym pozwolono zająć kraj poza obrębem twierdzy, natomiast mieszkańcy otrzymali światło i rozległa dolina, miała stać się ich terytorium. Obcy zapewnili, że nikt im tam nie zakłóci spokoju.
Tak też się stało. Mieszkańcy twierdzy pogrążali się jednak w stagnacji, przestali się rozwijać i raz po raz dochodziło do napięć między nimi a tymi, którzy mieszkali poza doliną.
Kiedyś jednak pojawił się tam jakiś straszny lud, który przybył z zewnątrz. Działo się to w trudnej do określenia przeszłości. Ów lud nie był zbyt liczny, ale bardzo zły i wkrótce przemienił przodków Tsi-Tsunggi w swoich niewolników, których zmusił do zbudowania twierdzy i domów w osadzie. Plemię Tsi-Tsunggi nie chciało tam mieszkać, ale zostało do tego przymuszone.
Władcy twierdzy źle znosili niektóre rodzaje tutejszego pożywienia. Lud Tsi-Tsunggi, który znał naturę jak nikt inny, dawał im do jedzenia trujące rośliny, tak że nie mogli się więcej rozmnażać. Z czasem władcy twierdzy postarzeli się i wymarli. Wtedy przybyli Obcy i przynieśli ze sobą światło. Plemię Tsi-Tsunggi miało dość rządów innych, zawarło więc z przybyszami ów kompromis, który dawał Obcym prawo pozostania w kraju w zamian za światło i za to, że nie będą niepokoić pierwotnego ludu.
Po wysłuchaniu opowieści, Ingę ogarnęło ogromne zdumienie.
– Centrum Globu? – spytała z niedowierzaniem. – Chcesz powiedzieć, że znajdujemy się we wnętrzu Ziemi?
– Owszem – przytaknął z rozbawieniem Strażnik Góry. – Nie jest to wcale takie dziwne, kiedy weźmiesz pod uwagę to, że wiele dużych i małych ciał niebieskich zostało zbudowanych wokół pustej przestrzeni. Oczywiście to wielkie uproszczenie, jednak Ziemia została ukształtowana według tej samej zasady.
Dla Ingi było to kompletnie niezrozumiałe, przecież w szkole uczyli ją czegoś zupełnie innego.
– Ale wobec tego, ta pusta przestrzeń musiałaby liczyć wiele tysięcy kilometrów! – powiedziała nieprzekonana. – Nie wydaje mi się, żeby Królestwo Światła było aż tak duże.
– Masz rację. Nasze Królestwo zajmuje jedynie niewielki fragment wnętrza Ziemi – wyjaśnił. – Powiedzmy, że mniej więcej tyle, ile wynosi powierzchnia Islandii. Święte słońca nie są w stanie rozjaśnić całego tego wewnętrznego świata, dlatego byliśmy zmuszeni do ograniczenia naszego terytorium.
– Mówisz o murze.
Strażnik Góry przytaknął.
– Moi przodkowie wykonali tutaj nieprawdopodobną pracę. Wznieśli coś w rodzaju kopuły, wszystko po to, by zatrzymać światło w jej obrębie.
Inga uniosła głowę i spojrzała w złociste niebo.
– Rozumiem – powiedziała z wolna, niepewna, czy rzeczywiście tak jest. – Czy poza tą granicą żyje wielu ludzi? W Królestwie Ciemności?
Obcy wahał się przez chwilę, nim odpowiedział:
– Trudno to ocenić, gdyż tak naprawdę nie wiemy, jaki obszar tej przestrzeni nadaje się do zamieszkania. Wnętrze Ziemi to nie gładka równina, wiele tysięcy kilometrów zajmują niedostępne masywy górskie.
– Czy to nie jest trochę niesprawiedliwe – zaczęła ostrożnie – że oni muszą żyć w wiecznym mroku? Dlaczego nie pozwolicie im przenieść się do światła?
– Wiele dróg prowadzi tutaj z powierzchni Ziemi, ale nie wszystkie wiodą do Królestwa Światła. Plemiona, które mieszkają tam od dawna, rozwinęły w sobie… konieczne zdolności. Poza tym nie zdołalibyśmy pomieścić tutaj tych wszystkich ludzi, zrobiłoby się zbyt ciasno.
– Ale moglibyście przecież dać im słońce, bez konieczności wpuszczania ich poza mury.
Strażnik Góry pokręcił głową z głębokim westchnieniem nad jej dociekliwością.
– To nie takie proste. Święte Słońce jest bardzo wrażliwe na uczucia płynące z zewnątrz. Zostało stworzone z płomienia będącego częścią Wielkiego Światła, które jest czystą miłością i co za tym idzie, nie potrafi się bronić przez złem. Zwyczajnych, dobrych ludzi, Słońce czyni lepszymi. Poprawia i polepsza ich i ich życie. Zło natomiast działa na Słońce, atakuje je i zanieczyszcza, w związku z czym w końcu samo zaczyna promieniować złem, które pochłania. Rozumiesz już, dlaczego nie możemy go wynieść poza obręb murów?
– Ze względu na te obrzydliwe bestie, które zamieszkują Ciemność – powiedziała Inga i mimowolnie zadrżała. – Mieliśmy okazję się przekonać, że do dobrych one nie należą. Ale przecież poza nimi mieszkają tam również zwyczajni ludzie. Nie wierzę, że wszyscy są równie źli.
– Na pewno nie. Jednak nie możemy nic zrobić, dopóki nie wymyślimy, w jaki sposób naprawić charaktery pozostałych istot.
Inga otworzyła szeroko oczy.
– Więc to tym się zajmujecie?
Strażnik Góry zbladł, wyraźnie przerażony swoim gadulstwem. W trybie natychmiastowym wymówił się niecierpiącymi zwłoki obowiązkami, by przypadkiem nie zdradzić innych tajemnic, o których zwyczajni mieszkańcy nie powinni mieć żadnego pojęcia.

Po jakimś czasie wszyscy zostali zaproszeni do nowo zbudowanego miasteczka, gdzie miała się odbyć podniosła ceremonia.
Do stolicy polecieli wygodną gondolą. Widzieli w dole strumienie, pokryte kwieciem wzgórza, niewielkie osady, a w oddali Srebrzysty Las. Gondola wylądowała na rynku nowej osady wspaniale przystrojonej na święto. Znajdowało się tam już mnóstwo ludzi, wyglądało na to, że zaproszono wielu.
Ingę wraz z rodzicami skierowano do odpowiedniego sektora, gdzie spotkali pozostałych Ludzi Lodu i rodzinę czarnoksiężnika. Brakowało tylko Marca i Dolga, ale za to w oddali zdołała dostrzec Tsi-Tsunggę z wiewiórką na ramieniu, który wzbudzał niemałe zainteresowanie swym wyglądem. W tłumie kręcili się Madragowie, ich jednak tutaj znano i szanowano.
– Zbudowali nową wieżę – rzekł Villemann, ojciec Jaskariego. – I świątynię, najpiękniejszą, jaką widziałem!
– Tak jest – potwierdził jeden z Madragów. – Nigdy osobiście nie byłem w tamtym mieście, ale budowla przypomina do złudzenia opis świątyni Świętego Słońca w starej Lemurii.
Ta nowa była wysoka, piękna, w kolorach złotym i białym. Ustawiono ją równolegle do stołecznego ogromnego „minaretu”, na którym spoczywało najwspanialsze Słońce. I największe. Również nowa świątynia miała wysoką, smukłą wieżę, tylko Słońca na niej nie było.
– Czyli każda osada ma swoje słońce? – zapytała Inga.
– Nie wiedziałaś o tym? – zdziwił się Villemann. – Tak, w każdej osadzie na terenie całego kraju umieszczone są mniejsze słońca, natomiast główne słońce zostało ulokowane na najwyższej wieży w Stolicy.
– Nie w każdej, Villemann – sprzeciwiła się jego siostra, Taran. – Osada wiecznie niezadowolonych nie posiada swojego słońca, pamiętasz?
– A tak, prawda – przyznał. – Ale o nich nie warto wspominać.
Nagle na podium wyszła grupa kobiet i mężczyzn ubranych na biało. Jeden z mężczyzn, należący do rodu Lemurów, pozdrowił zebranych.
Starzec długo mówił o nowej budowli, która dziś zostanie poświęcona. Wzniesiono ją na cześć Słońca i obu szlachetnych kamieni. One dawno temu powróciły do kraju, czekano tylko na tego, który je odnalazł.
Z okazji tak podniosłego święta zostaną rozdane nagrody i odznaczenia.
Wyróżniono wielu z rodziny czarnoksiężnika, zwłaszcza tych którzy przebywali w Królestwie Światła od dłuższego czasu. I Tsi Tsunggę… Nie dostał on co prawda jakiegoś wielkiego odznaczenia, ale rada postanowiła przyjąć go do tutejszej społeczności. Mimo wszystko jest przecież pół-Lemurem i jako taki nie powinien mieszkać w zrujnowanej twierdzy.
Na podium zostali wezwani Ludzi Lodu. Wszyscy prócz Marca, ten bowiem, gdzieś zniknął. Podziękowano im serdecznie za pomoc w odnalezieniu Móriego i Dolga.
Zbliżał się główny punkt programu.
Na podium wezwano Móriego i Villemanna, wtedy też ze świątyni wyszli Dolg i Marco w towarzystwie trzech Lemurów. Nieśli trzy szczelnie zapakowane pakunki. O Marcu powiedziano, że jest najważniejszą istotą, jaka kiedykolwiek przybyła do Królestwa Światła. Poinformowano też, że Móri i Marco zostali włączeni do rady, a z nimi również Strażnik Góry i Strażnik Słońca, którzy już bardzo długo na to czekali.
Dolg podszedł do jednego z Lemurów. Zdjął okrycie z tajemniczego przedmiotu i uniósł go w górę. Oczom zebranych ukazał się wielki szafir. Pod dotknięciem Dolga kamień zaczął się iskrzyć i mienić różnymi odcieniami błękitu.
Po chwili Dolg złożył szafir w ręce swego brata, Villemanna. Ten nosił go wiele razy w czasach, gdy żyli jeszcze na Ziemi, teraz więc sprawnie oburącz uniósł klejnot ponad głową.
Dolg podszedł do drugiego Lemura i po chwili został odsłonięty czerwony farangil. Rozbłysło jeszcze silniejsze światło.
Kiedy bracia stali obok siebie, unosząc oba szlachetne kamienie, nad ich głowami mieniła się niezwykła feeria barw.
Potem Dolg oddał klejnot Urielowi, który stanął obok Villemanna. Sam Dolg natomiast odsłonił przedmiot spoczywający w rękach trzeciego Lemura.
Wrażenie było kolosalne. Zgromadzeni krzyczeli, rozległ się jeden wspólny szloch, ludzie zakrywali twarze rękami.
– Oto – rzekł najstarszy silnym głosem. – Oto jest Słońce, które my, Lemurowie, mogliśmy wypożyczyć dla naszego miasta na Ziemi. I które musieliśmy pozostawić, kiedy wyruszyliśmy w drogę tutaj. Lemurowie, dzisiaj niosący nasze szlachetne kamienie, to ci sami, którzy zostali na świecie ludzi, by strzec klejnotów. Prosty człowiek, chłopiec jeszcze, uwolnił kamienie i ich strażników. On też znalazł Święte Słońce. Dolg, okryj je teraz!
Inga była bardzo wzruszona. Pomyśleć, że ten niezwykły młody mężczyzna miał aż tak szczególne znaczenie. Czuła dumę, że należy do jego przyjaciół.
– Ale Dolg nie był sam – mówił najstarszy Lemur. – Móri, wielki czarnoksiężniku, czy zechciałbyś podejść do swoich synów? Dziękuję, stań tam! Móri i jego rodzina, stojąca po lewej stronie, pomogła odnaleźć nasze kamienie. Mieli oni jednak potężnych pomocników… – Uczynił zapraszający gest. – Oto właśnie nadchodzą…
– Duchy – wykrztusił Móri. – Moi wytęsknieni przyjaciele! Ale… jakie wy jesteście piękne!
Osiem istot, które Móri przypadkiem sprowadził z tamtego świata, zupełnie nie przypominało owych budzących grozę postaci, jakimi były w czasach ziemskich. Aż przyjemnie było na nie popatrzeć, teraz, kiedy odzyskały swój pierwotny wygląd. Rodzina czarnoksiężnika witała je radośnie, a stojący obok Tiril Nero, wył głośno.
– I oto, Dolg – rzekł starzec. – Oto czas się dopełnił. Teraz nadejdzie ten, który wprowadzi was i skarby do świątyni.
Na podium wyszedł wysoki, dostojny Lemur, śmiejąc się radośnie do młodego człowieka.
– Cień! – wykrzyknął Dolg z zachwytem. – Drogi, stary przyjacielu!
– Żadnych wielkich wzruszeń na razie – śmiał się Cień. – Chodź ze mną!
Długa procesja, cała rada oraz ci, którzy nieśli kamienie, weszła do świątyni.
Inga z zachwytem patrzyła, jak jadą windą na szczyt wieży.
Dolg sam pojawił się na najwyższym i tam ponownie odsłonił klejnot, okrycie spadło na podłogę. Potem uniósł roziskrzone, mieniące się złotem, ogromne Słońce ku niebu, a ludzie i inne istoty na jego widok westchnęły z przejęciem, następnie ulokował skarb na przeznaczonym dla niego miejscu, by świecił nad osadą jego i Marca.
Z wnętrza wieży Cień przyglądał mu się pełnym czułości wzrokiem.
– Jak dobrze znowu cię widzieć, mój mały – szeptał, a oczyma duszy widział niedużego chłopca, który płacząc ze strachu i zmęczenia pokonywał największe trudności, by uwolnić pierwszy kamień, szafir, i jego strażniczkę.
Dolg samotny, wybrany przez duchy, wychowanek Cienia, nadzieja Lemurów i bohater elfów, nareszcie może cieszyć się chwałą, na jaką sobie zasłużył.

Rozdział 17 – Królestwo Światła

Ostatnie, czego Inga się spodziewała zasypiając w ciemnym tunelu było to, że obudzi się już w zupełnie innym świecie. Choć zdążyła już przywyknąć do myśli, że czekają ich jeszcze długie kilometry mozolnej wędrówki, naprawdę cieszyła się, że zostało im to oszczędzone. Pogrążeni w letargu zostali przetransportowani prosto do Królestwa Światła, gdzie czekał na nich ogromny latający pojazd, którym wyruszyli w dalszą drogę.
Lecieli ponad zielonozłotymi łąkami i białymi miasteczkami, pławiącymi się w blasku Świętego Słońca. Patrząc na ten cudowny krajobraz, Inga nie mogła wyjść z podziwu, że może istnieć coś równie pięknego. Te wszystkie kwiaty, ogrody, złociste rzeki i żółtozielone lasy napełniały jej serce dziwną radością. Siedząc pośród pogrążonych w zadumie krewniaków, czuła się niezwykle życzliwie usposobiona do świata, pragnęła dobra dla wszystkich, choć przecież nie była to dominująca cecha jej charakteru.
To zasługa Świętego Słońca, przemknęło jej przez myśl. To dzięki jego wpływowi człowiek odczuwa głęboką miłość do wszystkiego, co żyje, a także do wszystkiego, co się nie porusza. Stajemy się znacznie lepsi.
Niezwykły pojazd, którym lecieli, na tyle duży, aby pomieścił wszystkich nowoprzybyłych, z wolna kierował się ku jednej z osad. W dolinie pod nimi znajdowały się skupiska białych domów, o kopulastych lub mających kształt piramidy dachach.
– Spójrzcie tam! – zawołał nagle Móri. – Dolg, zobacz, tam biegnie Nero! Spogląda w górę, podskakuje i…
– Zejdziemy na dół – roześmiał się Strażnik Góry, ich przewodnik. Był to niebywale wysoki mężczyzna, należący do rasy Obcych. Na pierwszy rzut oka wyglądał dokładnie tak jak ludzie, mimo to różnił się od nich pod wieloma względami. Te jego oczy, które promieniały łagodnością, bezgraniczną miłością i zrozumieniem, te jego lśniące włosy, układające się niczym hełm wokół pięknej głowy, a zwłaszcza te dziwne, graniaste palce. W jego ruchach wyczuwało się godność, a głos brzmiał delikatnie.
Pojazd, nazywany powietrzną gondolą, obniżył kurs niemal do samej ziemi i wielkie czarne kudłate psisko zostało wciągnięte na pokład. Zaraz po tym gondola wzniosła się na poprzednią wysokość i poszybowała ku jednemu z domów, na którego werandzie majaczyły sylwetki kilku kobiet.
Nero nie posiadał się z radości, że jego ukochani panowie w końcu wrócili do domu! W mądrych psich oczach błyszczało bezgraniczne szczęście, kiedy przywitał najpierw Dolga, a później Móriego, po czym, gdy gondola schodziła do lądowania, wyskoczył z kilkumetrowej wysokości i głośno ujadając, pobiegł przekazać wspaniałą nowinę.
W czasie, kiedy Móri i Dolg witali się z dawno niewidzianą rodziną, Inga przyglądała się zgromadzonym przed domem kobietom. Wszystkie wyglądały zadziwiająco młodo, zarówno żona Móriego, Tiril, jej matka, księżna Theresa i urodziwa córka Taran. Poza nimi były tam jeszcze: synowa Tiril, jasnowłosa Mariatta o wyraźnych fińskich rysach, przybrana córka księżnej Theresy – delikatna Danielle i synowa Amalie oraz piękna Indianka i żona Strażnika Góry, drobna Fionella. Wszystkie równie młodzieńcze, choć przecież należały do różnych pokoleń.
Nieco później przybyli dowiedzieli się, że w Królestwie Światła wiek ludzi jest niemal nieograniczony. Działo się tak za sprawą Obcych, którzy posiadali możliwość manipulowania czasem wedle własnej woli. Byłoby przecież bez sensu spędzać długie lata w podeszłym wieku, być może w chorobach i słabości, dlatego proces starzenia, czy może raczej dojrzewania, zatrzymywał się około trzydziestego, trzydziestego piątego roku życia. Później, w miarę upływu lat, człowiek stawał się mądrzejszy, bardziej doświadczony, ale wciąż zachowując swój młodzieńczy wygląd.
– Tiril – powiedział nagle Móri. – Gdzie są wszyscy mężczyźni z naszej rodziny?
Wtedy Tiril wyjaśniła nowoprzybyłym, a także Strażnikowi Góry, który nie miał o niczym pojęcia, że cała młodzież gdzieś zniknęła niemalże dobę temu i mężczyźni wraz ze Strażnikami wyruszyli na poszukiwania. „To twoje wnuki, Móri”, powiedziała do męża. Ze specjalnym naciskiem zwracała się do Strażnika Góry, którego syn Armas znajdował się wśród poszukiwanych. Podkreślała, że Strażnicy nie powinni zbyt surowo osądzać ich przestępstwa, a Strażnik Góry ze zrozumieniem kiwał głową.
– Nie jesteśmy przecież tacy groźni – śmiał się.
Cóż, nie wiedział jeszcze, że młodzi złamali wszystkie istniejące zakazy.
Strażnik Góry został wezwany przez kogoś ze stolicy. Madrag Chor długo szukał z nim kontaktu.
Ponieważ rozmawiali przez radio, wszyscy słyszeli co mówią, choć nowoprzybyli Ludzie Lodu nie rozumieli ani słowa w języku Strażnika Góry, a tym bardziej gulgotu, jaki wydawał z siebie Madrag. Dopiero, kiedy Tiril wraz z pozostałymi kobietami, przymocowały wszystkim jakieś małe urządzenia do ramienia, mogli przysłuchiwać się rozmowie.
Były to aparaciki mowy, wspaniały wynalazek Madragów, które sprawiały, że człowiek rozumiał wszystkie języki i mógł rozmawiać z każdym, jeśli tylko obie strony posiadały urządzenie.
– Szukam cię od wielu godzin – mówił Chor gorączkowo. – Wiemy, gdzie znajdują się młodzi, uważamy jednak, że nie powinno się o tym informować Strażników.
Po czym powiedział, że Madragowie spotkali młodych w Srebrzystym Lesie, widzieli, jak biegli w stronę muru, by ratować jakąś dziewczynkę po tamtej stronie; mała rzeczywiście wymagała pomocy i nie ponosi za to żadnej winy.
– Srebrzysty Las? – szepnęła Tiril przerażona. – Ależ nasze dzieci nigdy tam nie chodzą!
Strażnik Góry nie miał już dobrodusznej miny. Był po prostu wściekły.
– Armas powinien mieć więcej rozumu! – Madraga zaś zapytał: – Wiesz, czy oni podeszli do…?
Nie dokończył zdania, nie odważył się wypowiedzieć go głośno.
– Nie – odparł Chor. – Jesteśmy pewni, że tego nie zrobili. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa.
– Wystarczy już sam mur – mruknął Strażnik Góry.
Inga nadstawiła uszu z zainteresowaniem. Czyżby w Królestwie Światła kryły się jakieś tajemnice?
Theresa, której słowa zawsze wiele znaczyły, poprosiła, by pozwolono jej porozmawiać z Chorem i jednocześnie z dwoma Obcymi: ze Strażnikiem Słońca i Strażnikiem Góry. Otrzymała pozwolenie.
– Bardzo was proszę – rzekła. – Proszę, byście nie wysyłali tam swoich oddziałów, zanim mój zięć Móri i mój wnuk Dolg nie zobaczą, co dałoby się zrobić. Nie ma powodu karać dzieci, jeśli szkody można naprawić.
– O tym samym właśnie myślałem – odparł Chor. – Dlatego chciałem rozmawiać tylko ze Strażnikiem Góry.
Ten zaś, którego jedyny syn był zaplątany w sprawę, powiedział:
– Dziękuję wam za troskliwość! Wcale też nie jestem zainteresowany, by popsuć Armasowi opinię. Wezwę teraz centralę Strażników i odwołam poszukiwania, powiem, że dzieci się znalazły i właśnie wracają do domu. Czy możemy się spotkać nad Złocistą Rzeką?
Madrag wyraził zgodę.
Móri wtrącił:
– Możliwe wprawdzie, że Dolg i ja moglibyśmy coś zrobić, jest jednak z nami ktoś jeszcze, kto rozporządza dużo większą siłą. Mam oczywiście na myśli Marca z Ludzi Lodu.
Strażnik Słońca popatrzył na księcia.
– Nie wiemy, co się stało pod murem, jednak to, że wprowadzili do środka kogoś z Królestwa Ciemności, brzmi alarmująco. Dziękujemy, Marco, gdybyś zechciał być tak dobry… To okropne, że coś takiego przydarzyło się w dniu waszego przybycia, ale… jeśli mam być szczery, to muszę wyjaśnić, iż nasza pełna życia młodzież już dawniej znikała, tyle tylko że nigdy nie pozostawali tak długo poza domem. I nigdy nie weszli do Srebrzystego Lasu! To najgorsze miejsce. I mur… Ach, Święte Słońce, zlituj się nad nami!
Nie wyglądał jednak na szczególnie zagniewanego. Sprawiał wrażenie, jakby ta cała smutna historia trochę go bawiła. Taran postanowiła, że pojedzie z nimi, i wsiadła do gondoli.
Inga ukradkiem przysunęła się do Marca, a jej spojrzenie wyraźnie mówiło, że jakikolwiek sprzeciw z jego strony jest całkowicie zbędny. Działo się coś ekscytującego i za nic w świecie nie zamierzała tego przegapić.
– Ja też – zawołała Miranda zdecydowanie. – Ja też potrafię co nieco.
– No nie… Zresztą, jak chcecie.
– Jedzie Miranda, to i ja także – oznajmiła Indra.
Strażnik Góry potrząsał głową. Domyślał się, że oto grupa przedsiębiorczej młodzieży powiększyła się co najmniej o trzy osoby.
– Jedźcie – powiedział. – Ale już nikt więcej. Wsiadajcie zatem do gondoli! Thereso, wezwij mężczyzn z twojej rodziny, którzy wciąż szukają, i powiedz im, że dzieci się znalazły, nie mów tylko gdzie.
Po chwili gondola wzniosła się w powietrze, zostawiając Theresie i Tiril obowiązek zajęcia się przybyszami, żywymi i duchami z Ludzi Lodu, a także Hubertem Ambrozją, wyraźnie niezadowolonym z obecności wielkiego, ciekawskiego psa.

Ponieważ Złocista Rzeka znajdowała się niedaleko osady i lot trwał krótko, Inga nie zdążyła zadać żadnego z pytań, które cisnęły się jej na usta. Przede wszystkim, pragnęła się dowiedzieć więcej o Królestwie i życiu, jakie ich czekało, ale także była ciekawa czym jest ów mur i dlaczego wzmianka o jego otwarciu, tak bardzo wzburzyła Strażnika.
Na skraju lasu, grupa natknęła się na łódź – gondolę, która mogła się poruszać zarówno w powietrzu, jak i na wodzie. Siedziały w niej dwie dziewczynki.
Jedną z nich była piętnastoletnia Berengaria, córka Amalie i Rafaela, przybranego syna Theresy. Równie romantyczna jak jej imię, o długich, brązowych, kędzierzawych włosach i promiennych ciemnych oczach. Druga z dziewczynek, o nieprawdopodobnie bladej skórze, miała wielkie, lekko skośne i lodowato szare oczy, pełne czerwone wargi i bardzo długie, jedwabiste czarne włosy. Na kolanach pierwszej z dziewcząt, siedziała niewiarygodnych rozmiarów wiewiórka, chyba ze dwa razy większa od tych żyjących na Ziemi.
– No, nareszcie. Tu jest nasza Berengria! – zawołała Taran surowo. – A gdzie reszta? I… Na Boga, kto to siedzi obok ciebie?
– To Siska. Właśnie ją uratowaliśmy. Przeprowadziliśmy przez mur.
Obaj Obcy zeskoczyli na brzeg rzeki.
– Czyście wy kompletnie powariowali? Jak do tego doszło? Berengario, musicie obie zostać w łodzi. I siedźcie jak najdalej jedna od drugiej! – ryknął Strażnik Góry pobladły.
Dziewczynki potulnie usłuchały.
– Dotykałaś jej, Berengario? – zapytał Strażnik Słońca tak samo rozzłoszczony.
– Tak. To ja ją przeprowadziłam na naszą stronę. Trzymałyśmy się za ręce.
– O, Święte Słońce! Taran, zostań tu z nimi i pilnuj, by żadna nie dotykała niczego poza łodzią. Sama też się do nich nie zbliżaj, mogą rozsiewać śmiertelną zarazę. A to zwierzę? Do kogo ono należy?
– Ale ja nie jestem na nic chora! – zaprotestowała Siska. – Jestem księżniczką i boginią-dziewicą, żądam szacunku!
Strażnik Słońca patrzył na nią udręczony.
– Nie, nie jesteś chora, moje dziecko. Ale masz na sobie bakterie z tamtej strony, które mogą okazać się bardzo groźne dla naszego społeczeństwa. Jesteśmy wobec nich bezbronni. Gdzie reszta zaginionych?
– Pod murem – wybąkała Berengaria cichutko. – Próbują załatać dziurę.
Obaj Obcy w poczuciu bezsiły przymknęli oczy.
– Widział was ktoś z tamtej strony?
– Och, tak! Mnóstwo okropnych ludożerców – odparła Siska.
W tym momencie w lesie zadudniło i nad rzekę przybiegło dwóch Madragów. Siska krzyknęła przerażona i próbowała ukryć się za Berengaria.
– Siedź spokojnie! – wrzasnęła Taran, najwyraźniej bardzo serio traktująca swoją misję. Siska umilkła ze strachu.
Zdaniem Ingi, Madragowie wyglądali niezwykle sympatycznie. Mieli piękne, ciepłe oczy pod długą kędzierzawą grzywą i wielkie, zwierzęce głowy, a u rąk trzy palce zamiast pięciu. Mimo potężnych, niezdarnych sylwetek, poruszali się z niezwykłą lekkością. W dodatku były to istoty superinteligentne; dzięki swej pomysłowości przysporzyli Królestwu Światła wielu nowych wynalazków, za co wszyscy byli im ogromnie wdzięczni.
Powitanie Madragów z Mórim i Dolgiem było doprawdy wzruszające. To właśnie rodzina czarnoksiężnika uratowała te pradawne istoty z niewoli człowieka-jaszczura, podstępnego Sigiliona, który od tysiącleci ukrywał się w zamczysku w górach Karakorum.
– A więc nareszcie wszyscy są razem? – zagadał Chor dobrodusznie. – A dzieci, jak widzę, sprowadziły tę obcą dziewczynkę. W takim razie, moim zdaniem, czas nagli…
– No właśnie – potwierdził Strażnik Słońca.
– Chodźcie z nami. Wiemy, gdzie oni są.
Zostawili dziewczynki pod opieką Taran i weszli do Srebrzystego Lasu. Nie bez powodu był tak nazywany, liście rosnących tam drzew, mieniły się srebrem w blasku Świętego Słońca.
Już z daleka słyszeli pełne strachu i podniecenia krzyki.
– Coś musiało się stać Joriemu – zauważył Strażnik Słońca. – Wykrzykują jego imię.
– A on sam przekrzyczy najgłośniej – rzucił Strażnik Góry. – Dobrze, że Taran go nie słyszy. Jej syn…
Dobiegli pod mur na tyle szybko, by zobaczyć jeszcze, że Jori został uprowadzony i teraz tamci ciągną go po zboczu do Królestwa Ciemności, natomiast mnóstwo innych niedużych istot tłoczy się przy otworze i za chwilę dosłownie wleje się do Królestwa Światła. Chłopcy podejmują rozpaczliwe próby, by ich powstrzymać. Obcy, Strażnik Słońca i Strażnik Góry, jęknęli rozpaczliwie na ten widok.
– Armas, twój pistolet laserowy! Powystrzelaj ich! – wołał Jaskari.
– Nie! – krzyknął Strażnik Góry i wyrwał pistolet z rąk syna. – Dobrze wiesz, że dostałeś go nie po to, by zabijać.
– Och, ojcze! – Armas był bliski załamania. – Dziękuję wam, że przybyliście z odsieczą! Paru zdążyło nam uciec do Srebrzystego Lasu.
– Ilu?
– Trzech, może czterech.
– Móri! – zawołał Strażnik Słońca. – Co proponujesz? Przecież te nieszczęsne istoty również mają prawo do życia!
Inga, na razie nie bardzo wiedząc w czym mogłaby pomóc, nie do końca zgadzała się z dobrotliwym Strażnikiem. Te małe bestie wyglądały obrzydliwie, a zapach, który im towarzyszył przyprawiał ją o mdłości.
Były nagie, długowłose, pół ludzie, pół zwierzęta, obdarzone ludzką swobodą poruszania się. Miały jednak brudne, zwierzęce twarze z wyraźnie widocznymi zakrwawionymi kłami.
I uprowadziły Joriego. Młodego, pięknie zbudowanego chłopca. Nic dziwnego, że młodzież tak strasznie chciała uchronić przed nimi Siskę!
Kiedy tak stała, oglądając ową szaloną scenę, Móri, Dolg i Marco podjęli „atak” na bestie. Również Obcy, którzy nie chcieli zabijać, tylko odepchnąć intruzów, zatrzymali się zdumieni. To Móri rozpoczął działanie, a Dolg go wspierał. Obaj szeptali jakieś prastare islandzkie zaklęcia, a ponieważ wszyscy rozumieli, co mówią, do zebranych dotarło coś w rodzaju: „Zamknij swoje zmęczone oczy, prześpij swój ból, swój głos…” i tak dalej.
Słowa podziałały natychmiast. Dzicy przystanęli, oczy zwrócone ku Móriemu zmętniały, bestie zaczęły chwiać się na nogach, a potem, jedna po drugiej, padały na ziemię.
Nie było jednak czasu, by stać i patrzeć.
– Chodźcie! – zwrócił się Marco do Obcych. Wspólnymi siłami podnieśli „drzwi”, wycięte przez młodych w murze, na tyle, by zrobić przejście, po czym wybiegli ścigać tych, którzy uprowadzili Joriego.
Inga ukradkiem ruszyła za nimi, ale zatrzymała się tuż przy otworze. To była prawdopodobnie jej jedyna szansa, aby zobaczyć Królestwo Ciemności.
Mur tylko z pozoru był przeźroczysty, światło się przez niego nie przedostawało, a jeśli nawet, to w bardzo niewielkim stopniu. Po drugiej stronie panował mrok, im dalej od granicy, tym robiło się ciemniej, a także znacznie chłodniej. Nic dziwnego, że bestie chciały się przedostać do ciepłego i jasnego Królestwa Światła.
Za jej plecami znów rozległy się hałasy.
– Gdzie jest Elena? – zapytał Jaskari matowym głosem. Był to mocno zbudowany młodzieniec o długich jasnych włosach i intensywnie niebieskich oczach. Jej twarz miała wyraźne fińskie rysy, więc bez trudu można było odgadnąć, że jest synem Mariatty.
Ale to nie jego widok sprawił, że pod Ingą ugięły się nogi. Z otwartymi ustami wpatrywała się w niezwykle urodziwą istotę, czując jak jej ciało ogarnia ogień.
Nie był człowiekiem, tyle wiedziała na pewno. Jego skóra była zielona, nakrapiana brązowymi plamkami, ciało zwinne i bardzo ładne. Nie patrzył w jej stronę, tylko z zainteresowaniem pochylał się nad nieprzytomnymi bestiami, mimo to męskość wprost z niego emanowała, wywołując w Indze fale erotycznego podniecenia. Wszystkie linie jego twarzy były jakby troszkę przesadnie wyrzeźbione. Miał wysokie kości policzkowe, owalne, połyskujące zielenią oczy, ostry podbródek, spiczaste uszy, pięknie wygięte łuki brwi, kształtny nos i usta niczym u fauna. Musiał należeć do gatunku elfów, albo jakiegoś innego rodzaju istot natury, co automatyczne sprawiało, że był dla niej nieosiągalny…, ale niech ją szlag trafi, jeśli kiedykolwiek, jakiś mężczyzna wywołał w niej podobne uczucia!
Z trudem oderwała od niego wzrok i skupiła się na ich problemie, jakim było zniknięcie Eleny, córki Rafaela, przybranego syna księżnej Theresy.
Niemal wszyscy dysponujący wielką siłą byli już zajęci, Obcy i Marco zniknęli w ciemnościach. Móri musiał utrzymywać leżących dzikusów w hipnotycznym śnie, nie mógł ich zostawić, a Inga pilnowała wyrwy w murze, by nikt nie zdołał się już przez nią przedostać. Może jednak Dolg mógłby odejść?
Oceniwszy pospiesznie sytuację, Dolg zawołał do Mirandy:
– Chodź ze mną!
Zabrał też Armasa i Tsi-Tsunggę, co Inga przyjęła z ulgą i razem ruszyli do lasu po stronie Królestwa Światła.
Inga krążyła po drugiej stronie muru, wypatrując Obcych i Marca. W krzakach nieopodal czaiło się kilka tych dziwnych istot, jednak żadna nie odważyła się podjąć próby przedostania się przez otwór.
Nie minęło wiele czasu, kiedy z pomiędzy drzew wypadły dwie bestie i wrzeszcząc z przerażenia, rzuciły się do otworu w murze.
– Uważaj – zawołała Indra, ale Inga już zdążyła się odsunąć, by je przepuścić. Bestie nawet nie zwróciły na nią uwagi, nie przestając wrzeszczeć przemknęły obok i pognały w głąb Ciemności, a smród jaki po nich pozostał niemal pozbawił ją tchu.
Dolgowi i pozostałym, udało się uratować uprowadzoną Elenę z rąk dwóch bestii i wspólnymi siłami dostarczyli ogłuszonych intruzów z powrotem pod mur.
Zaczęli wynosić na drugą stronę wszystkich uśpionych mieszkańców Królestwa Ciemności i układali ich rzędami na ziemi.
Inga kręciła się pomiędzy zgromadzonymi, usiłując sprawiać wrażenie bardzo zajętej; jakoś nieszczególnie miała ochotę na bliższy kontakt z tymi paskudami, bez względu na to, czy spały, czy też nie.
Wysoko w lesie Marco oraz Obcy bez trudu uwolnili Joriego, który choć podrapany i niemal pozbawiony ubrania, nie odniósł żadnych poważniejszych obrażeń.
Kiedy wszyscy opuścili Królestwo Ciemności, udało im się ustawić „drzwi” na właściwym miejscu i Obcy zespawali je jakimś laserowym pistoletem, tak że nie pozostał nawet najmniejszy ślad.
Droga powrotna przez las ku rzece, gdzie czekały na nich gondole, minęła w ponurej atmosferze; Obcy szli zagniewani i nawet Inga, która tym razem nie zrobiła nic złego, nie czuła się najlepiej. Nie tak wyobrażała sobie pierwsze chwile w Królestwie Światła, a po tym, co dziś ujrzała, zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno wszystko jest tutaj tak wspaniałe, jak przypuszczała.

Rozdział 16 – Droga w nieznane

Inga nie mogła przestać się dziwić temu królestwu, tej krainie, której nie ma na żadnych mapach. Była tak rzeczywista, tak namacalna, a jednocześnie nie miała nic wspólnego z twardą rzeczywistością ziemską. Wszystkie kształty były tu łagodne i niesłychanie piękne, kolory przytłumione, a jednocześnie żywe.
Chociaż nie docierało tu słońce, światło w Salach i poza nimi przypominało jego blask, nieco tylko łagodniejszy. Tak jak w cieniu w piękny, słoneczny letni dzień. Chłodne, a zarazem ciepłe.
Poza murami rozciągały się bezkresne złotawe łąki, których niezwykła atmosfera wywoływała uczucie niezmiernego spokoju, jakby zostały stworzone właśnie w tym celu.
Inga spędziła naprawdę cudowne chwile w tym przepięknym miejscu poza granicami czasu i przestrzeni, w towarzystwie swych niezwykłych krewnych. Duchy Ludzi Lodu okazały się równie wspaniałe, jak w jej wyobraźni. Nie zdążyła co prawda poznać wszystkich, ale ponieważ wielu spośród nich wybierało się do tajemniczego Królestwa Światła, niespecjalnie ją to zmartwiło.
Spotkanie z Sol było niebywale ekscytujące, Inga, która spodziewała się ujrzeć swe lustrzane odbicie, z zaskoczeniem spostrzegła, że wcale tak nie jest. Oczywiście podobieństwo nadal było uderzające, jednak, kiedy w oczach Ingi płonął radosny ogień młodości, w spojrzeniu czarownicy wyraźnie dało się dostrzec ciężar doświadczeń.
Jej krótkie życie ułożyło się tragicznie, choć z początku było bardzo przyjemne. Dopiero kiedy dorosła i zatęskniła za miłością, zrozumiała, jak bardzo różni się od innych ludzi. Ziemscy mężczyźni okazali się dla niej zbyt słabi, nigdy nie spotkała mężczyzny kalibru swego wuja, Tengela Dobrego. Porównywała z nim wszystkich, nikt jednak nie miał w sobie takiej magicznej siły, nie reprezentował takiego autorytetu. Rzecz jasna w nim nigdy zakochana nie była, ale zawsze szukała kogoś podobnego. Przeżyła zaledwie dwadzieścia dwa lata, wcześniej wydając na świat córeczkę, dziecko człowieka, którego nienawidziła całym sercem.
Między dwiema żółtookimi dziewczętami od razu nawiązała się więź porozumienia, ku wielkiej rozpaczy Marca, który szybko odkrył, co Inga porabiała w chwilach, kiedy nie mógł jej akurat towarzyszyć. Razem z Sol przesiadywały pośród złotawych łąk, gdzie doświadczona czarownica dzieliła się z Ingą posiadaną wiedzą na temat rozmaitych zaklęć, niekoniecznie tych dobrych. Wiele z nich bezsprzecznie podpadało pod czarną magię, co szczególnie martwiło Marca. Obawiał się, że jego szalona przyjaciółka w końcu zechce je wypróbować, co mogło mieć katastrofalne skutki.
Jednak Inga nie tylko pogłębiała swą czarodziejską wiedzę. Często przesiadywała w towarzystwie pięknej Sagi, matki Marca, a także swej babki Sashy, która nie była wcale tak złośliwa, jak Inga przypuszczała. Bez problemu odnalazły wspólny język, wszak obie pochodziły z Ludzi Lodu, więc tematów do rozmowy im nie brakowało.
Jeden raz udało się jej również spotkać z Arakielem. Jego poważne, surowe spojrzenie, podobnie jak w przypadku Lucyfera, wywołało w dziewczynie niezręczne poczucie niższości. Jednak rozmawiał z nią bardzo przyjaźnie, od czasu do czasu na jego wargach pojawiał się nawet uśmiech, więc Inga, w przypływie nagłej odwagi, postanowiła zadać mu jedno z pytań, które w tamtym momencie, szczególnie ją nurtowało.
Patrząc na niezwykle urodziwego Arakiela, czując jego potęgę, zastanawiała się, dlaczego jej ojciec, będąc synem czarnego anioła, jest tak boleśnie zwyczajny, dlaczego nie posiada żadnych nadprzyrodzonych mocy, które w naturalny sposób powinien odziedziczyć.
Nie spodziewała się odpowiedzi, zresztą niemalże natychmiast zrozumiała, że poruszyła zakazany temat. Arakiel wyraźnie zwlekał z wyjaśnieniami, wahając się pomiędzy lojalnością wobec swego Pana, a chęcią wyznania prawdy wnuczce.
Oczywiście Inga za nic w świecie nie zamierzała zwracać się do niego per „dziadku”, to zupełnie nie pasowało do tej ponadczasowej istoty, dlatego, kiedy czarny anioł przez dłuższą chwilę milczał, zaczęła się obawiać, czy czasami nie przesadziła, tak od razu przechodząc na „ty”. Sasha, co prawda, zaraz na początku zaznaczyła, że nie chce słyszeć żadnej wzmianki o babci w odniesieniu do jej osoby, ale Arakiel mimo wszystko nie był człowiekiem…
Mogło się wydawać, że minęła cała wieczność, nim w końcu usłyszała odpowiedź: „Ravi został pozbawiony swego dziedzictwa”.
Zabrzmiało to tak nieoczekiwanie, że dopiero po dłuższej chwili, w pełni świadomie pojęła jego słowa. Dlaczego Lucyfer miałby zrobić coś tak niegodziwego? zapytała wtedy wzburzona. Co chciał przez to osiągnąć?
Arakiel jednak tylko patrzył na nią w milczeniu, nie mogąc zdradzić nic więcej. Już i tak sprzeciwił się woli swego Pana, z czym czuł się wyjątkowo źle, ale był to jedyny sposób, aby Inga poznała prawdę o swym przeznaczeniu. Uważał, że wnuczka ma do tego prawo, chociaż Lucyfer miał odmienne zdanie w tej kwestii.
Chciał dobrze, ale to nic nie wnoszące wyjaśnienie, tylko zirytowało Ingę. Miała już dość tych wszystkich półprawd, którymi ją raczono i które zamiast odpowiedzi, rodziły kolejne pytania.
Zaczynała już tracić nadzieję, że kiedykolwiek zrozumie, o co w tym wszystkim chodzi, jej wizyta w Czarnych Salach dobiegała końca.
Wtedy jednak nieoczekiwanie została wezwana przed oblicze Lucyfera.
Tym razem powitał ją w swej ludzkiej postaci, która wcale nie umniejszała jego potęgi, więc Inga bez oporów złożyła mu pokłon, choć w głębi duszy wcale nie miała na to ochoty. To, co usłyszała od Arakiela na temat ojca, zgasiło wątły płomyk pozytywnych uczuć, jaki udało jej się wskrzesać po pierwszym spotkaniu z Lucyferem i teraz naprawdę trudno jej było ukryć swe prawdziwe emocje. Tylko świadomość, że ma do czynienia z naprawę potężną istotą, powstrzymywała ją od wyrzucenia z siebie obraźliwych epitetów, które cisnęły się jej na usta.
Lucyfer nie kazał jej długo czekać, niemal od razu przeszedł do rzeczy, a to co miał do powiedzenia, ponownie zmusiło Ingę do zmiany zdania na jego temat.
- Zaskakujące, z jaką łatwością ludzka dziewczyna owinęła sobie wokół palca czarnego anioła – rzekł z zastanowieniem – i sprawiła, aby sprzeciwił się mej woli.
Serce Ingi gwałtownie przyśpieszyło. Powinna była wiedzieć, że przed Lucyferem nic się nie ukryje.
- Jestem pewna, że Arakiel nie uczynił tego świadomie – powiedziała ostrożnie.
Lucyfer uśmiechnął się ironicznie.
- Mogę cię zapewnić, że uczynił to bardzo świadomie – odparł z naciskiem. – Arakiel od początku uważał, że powinnaś mieć pojęcie zarówno o swej przeszłości, jak i przyszłości.
- Czy nie miał racji?
- Obawiam się, że nie. Jednakże w tych okolicznościach, nie pozostaje mi nic innego, jak uchylić rąbka tajemnicy, na co zapewne liczył mój drogi przyjaciel, zdradzając ci prawdę o ojcu. Nie mogę pozwolić, abyś żywiła błędne przekonanie, że pozbawiłem go mocy z jakichś własnych egoistycznych pobudek.
Inga patrzyła na pięknego anioła z wyczekiwaniem. Od razu obarczyła całą winą Lucyfera, dlatego trudno jej było pojąć, że mogło istnieć jakieś inne wytłumaczenie.
Czarny anioł rozważał przez chwilę od czego powinien zacząć i w końcu rzekł swym melodyjnym głosem:
- Istnienie jeszcze jednej linii rodu odkryliśmy dość późno, bo dopiero za życia twojej babki. Była wtedy zaledwie dzieckiem, jednak od razu zrozumieliśmy, że nie należy do zwyczajnych potomków Ludzi Lodu, co, biorąc pod uwagę fakt, że w jej pokoleniu był już wybrany, Nataniel, wydało się nam dosyć niezwykłe. Nie sądziliśmy, aby Sasha miała jakieś szczególne znaczenie dla walki z Tengelem Złym, a przynajmniej nic na to nie wskazywało, dlatego wraz z moją radą postanowiliśmy, że będziemy ją obserwować, na razie bez żadnych ingerencji w jej życie i zobaczymy dokąd nas to zaprowadzi. Najbardziej zdumiewało nas to, że choć Sasha posiadała imponujące zasoby mocy, sama zdawała się nie mieć o tym pojęcia. Nigdy, nawet nieświadomie, nie użyła swych zdolności, co z praktycznego punktu widzenia, było wprost niemożliwe.
Inga słuchała opowieści Lucyfera z dość sceptyczną miną, przez cały czas się zastanawiając, ile w tym wszystkim jest prawdy. Ona sama dość wcześnie odkryła swoje możliwości, bo w wieku zaledwie trzech lat, kiedy to zdenerwowana na ojca, że nie zwraca na nią uwagi, sprawiła, że gazeta którą czytał, w momencie zamieniła się kupkę popiołu. Nawet teraz, po czternastu latach, wciąż pamiętała jego przerażoną minę.
- Minęło sporo czasu, zanim odkryliśmy, jakie było zadanie Sashy – kontynuował czarny anioł, zatapiając się we wspomnieniach. – Wcześniej, jak już wiesz, doszło do jej spotkania z Arakielem, w wyniku którego na świat przyszedł twój ojciec. W noc jego narodzin ponownie ogarnęło nas zdumienie – spojrzał na Ingę, upewniając się, że go dobrze słucha. – Choć w żyłach Raviego bezsprzecznie płynęła krew czarnych aniołów, co w naturalny sposób powinno go w połowie uczynić jednym z nas, tak się nie stało. Ravi okazał się być w pełni człowiekiem, nie posiadającym żadnych nadnaturalnych zdolności ani cech, które wskazywałyby na to, kto jest jego ojcem.
Inga uniosła brwi w wyrazie bezgranicznego zdziwienia.
- Tak po prostu? – zapytała z niedowierzaniem. – Przecież to niemożliwe. – A już na pewno nie bez ingerencji z zewnątrz, dodała w myślach.
- Oczywiście braliśmy również taką możliwość pod uwagę – powiedział Lucyfer z krzywym uśmiechem.
Dziewczynie aż zrobiło się gorąco z przerażenia, kiedy odkryła, że przejrzał jej myśli.
- Nie chciałam Waszej Wysokości urazić – wyjąkała ze ściśniętym gardłem. – Ale to wydaje mi się jedynym logicznym wyjaśnieniem.
Piękny anioł skinął głową, dobrodusznie wybaczając jej ten drobny nietakt.
- Rozumiem, jednak musisz wiedzieć, że nie miałem nic wspólnego z tym osobliwym zjawiskiem – wyjaśnił bardzo poważnie. – Byłem równie zdumiony, jak ty i naprawdę wiele czasu poświęciłem, aby zrozumieć, dlaczego twój ojciec został pozbawiony przymiotów czarnych aniołów. Nie doszedłem jednak do żadnych konkretnych wniosków, ale zagadka rozwiązała się sama, dwadzieścia jeden lat później.
- Kiedy ja się urodziłam – stwierdziła Inga bez wątpliwości.
- Istotnie – potwierdził, ze źle skrywanym zadowoleniem. – To wszystko, co pierwotnie miał otrzymać twój ojciec, w zdumiewający sposób przeszło na ciebie. Jednak, że byłaś „tylko” wnuczką Arakiela, przyszłaś na świat, jako istota ludzka, pozbawiona daru nieśmiertelności. To dla tego twoje siły są ograniczone i przy dużym zużyciu, potrzebują czasu na regenerację.
Inga wolno pokiwała głową. Napływ informacji nieco ją oszołomił, potrzebowała chwili, aby wszystko przetrawić. Zaczęła podejrzewać, że być może Lucyfer miał rację, pragnąc zachować to wszystko w tajemnicy.
- Jeśli zaś chodzi o twoją babkę… To dzięki niej odezwało się w tobie dziedzictwo Ludzi Lodu, chociaż Tengel Zły został unicestwiony. Nie jest ono jakoś szczególnie duże, niemniej jednak, w połączeniu z twoim charakterkiem, ewidentnie czyni cię wiedźmą. Nie skupiałbym się jednak zbytnio na tym aspekcie twych mocy – dodał jakby od niechcenia – gdyż to zdolności czarnych aniołów, będą ci bardziej potrzebne przy wypełnianiu zadania.
Inga zrobiła wielkie oczy, a z jej ust wyrwał się rozpaczliwy jęk.
- Zadania? Jakiego zadania?
- Chyba nie myślałaś, że otrzymałaś to wszystko bez powodu? – zapytał Lucyfer z politowaniem. – Kiedy nadejdzie odpowiedni czas, wypełnisz zadanie do którego zostałaś przeznaczona. Twoja przyszłość nie jest jednak dla mnie zbyt jasna, zapewne dlatego, że przekroczysz granicę, gdzie moja moc już nie sięga.
- A może dlatego, że w Królestwie Światła mnie to ominie? – spytała z nadzieją, ale Lucyfer szybko pozbawił ją złudzeń.
- To, co cię czeka jest nieuniknione, bez względu na to, gdzie się znajdziesz. To jedno z tych wydarzeń, które są wpisane w życie człowieka. Powinnaś wiedzieć, o czym mówię, wszak posiadasz dar ich przewidywania. Jeszcze nie do końca rozwinięty, przez co twoje wizje są dość ubogie w szczegóły, ale z czasem powinno być ich więcej.
- To bardzo pocieszające – mruknęła z sarkazmem.
Boże, i po co było jej tak dociekać? Żyłaby sobie w błogiej nieświadomości, niczym się nie przejmując, a teraz nieustannie będzie się zastanawiać, w którym momencie dosięgnie ją los i postawi przed zadaniem, którego wcale nie miała ochoty wypełnić.
Do diabła!

***

W końcu nadszedł ten długo wyczekiwany wieczór, kiedy Ludzie Lodu wraz z Mórim i Dolgiem, mieli podjąć próbę odnalezienia tajemniczego Królestwa Światła.
Troski Ingi zeszły na dalszy plan, po wizycie w Czarnych Salach pozostały tylko wspomnienia, a ona sama w pełnym skupieniu szykowała się do wyprawy.
Rzecz naprawdę niełatwa dla kogoś obdarzonego wielkim sentymentem i tylko jednym plecakiem, który za nic nie chciał pomieścić wszystkich, niezbędnych i bliskich jej sercu, przedmiotów.
Pocieszający był jedynie fakt, że Ravi cierpiał znacznie bardziej; jego antyki musiały pozostać na Ziemi, choć Inga mogła przysiąc, że słyszała, jak wrzeszczał na szafę, by ta się skurczyła. Chyba niczego tym nie osiągnął, bo kiedy znaleźli się w samochodzie, siedział ponury i milczący, wyraźnie przeżywając rozstanie ze swymi skarbami.
Droga do Oslo zdawała się nie mieć końca, a kiedy dotarli pod właściwy kościół, Inga odetchnęła z ulgą.
Udało im się przybyć na czas.
Gabriel stał nieopodal, trzymając w ręku ciężkie kościelne klucze, które udało mu się zdobyć dzięki swym licznym zawodowym znajomościom, a pozostali właśnie nadchodzili. Ich grupa nie była tak liczna, jak wtedy, gdy rodzina czarnoksiężnika schodziła do Królestwa Światła w roku 1746 koło Tiveden, lecz także spora.
Móri i Dolg po raz trzeci podejmowali próbę. Nataniel i Ellen przyszli z Sassą, która niosła swego kota, Huberta Ambrozję, w małym koszyku pokrytym siatką. Marco dzięki swym niezwykłym dłoniom usunął blizny z twarzy i rączki dziewczynki, dzięki czemu znów wyglądała ślicznie i słodko. Ponieważ za nic nie chciała wracać do matki, dziadkowie napisali list, informując synową, że w całości przejmują odpowiedzialność za wnuczkę.
Kiedy Inga, wraz z rodzicami, dołączyła do pozostałych, z ciemności pod drzewami sąsiadującego z kościołem cmentarza, wyłoniły się duchy Ludzi Lodu.
Wśród znanych twarzy, dostrzegła kilka całkiem nowych, których nie dane jej było spotkać w Czarnych Salach, jednak były tak charakterystyczne, że nie można się pomylić w ich rozpoznaniu.
Ulvhedin, górujący nad resztą grupy, dwaj podobni do siebie mężczyźni; władczy Tengel Dobry i Heike, jeden z najważniejszych w rodzinie. Urodziwa rudowłosa Villemo i jej towarzysz Dominik.
To właśnie on przykuł uwagę Ingi, jednak wtedy drzwi kościoła zostały otwarte i zaczęto wchodzić do środka, także nie zdążyła mu się zbyt dobrze przyjrzeć.
Prowadził Gabriel. Już przedtem odwiedził świątynię, żeby się zorientować, którędy mają iść.
Po chwili znaleźli się w ciasnej krypcie, pełnej zakurzonych trumien. Wszyscy zaraz zabrali się za poszukiwanie słynnego muru, zupełnie niewidocznego pod porastającym go mchem. Kiedy wreszcie go odnaleźli i oczyścili, okazało się, że jest zbudowany z wielkich kamiennych bloków. Mężczyźni wypatrywali jakieś słabszego miejsca od którego można by zacząć rozbiórkę, Inga zaś czujnym wzrokiem szukała Dominika. Jego widok podsunął jej pewne podejrzenia, co do których musiała się jeszcze upewnić, jednak w małej krypcie pełnej ludzi (i duchów) nie potrafiła go dostrzec.
Nagle rozległ się jakiś okrzyk. Mężczyźni przebili się przez mur i teraz już bez trudu można było wykuć odpowiednio duże przejście.
Marco ofiarował się, że pójdzie pierwszy, co zostało przyjęte z radością. Móri i Dolg posuwali się tuż za nim.
- Znaleźliśmy zejście w dół – poinformowali podążających z tyłu. – Tuż po drugiej stronie muru, więc uważajcie, żeby nie spaść!
Móri i Dolg stanęli przy otworze i pomagali innym przedostać się na drugą stronę. Marco zsunął się trochę niżej z wielkim reflektorem. Tymczasem Gabriel odniósł klucze kościelne na umówione miejsce i zamknął drzwi na zasuwę.
Kiedy wszyscy przeszli, Nataniel i Móri, spróbowali jeszcze zatkać dziurę w murze. Nieproste zadanie, lecz wszyscy na nich czekali. Uporządkowali kryptę, jak mogli najlepiej.
Tak więc opuszczali ten świat nie zostawiając śladów.
Korytarz gwałtownie schodził w dół. Inga szła w milczeniu, potykając się o gródki ziemi i złoszcząc na siebie, że tak jak większość, nie pomyślała o latarce. W dodatku dopiero teraz zdała sobie sprawę, że źle zrobiła zabierając ze sobą całą rodową sagę; od ciężaru plecaka bolały ją ramiona, a przecież przeszli dopiero kawałek.
Nagle obok niej bezszelestnie przemknęła grupa duchów. Kiedy znalazły się w kręgu światła latarki Nataniela, udało jej się w końcu potwierdzić swe przypuszczenia.
Tak jak zaczęła podejrzewać przed kościołem, Dominik okazał się być jednym z mężczyzn, którzy uratowali ją przed niechybną śmiercią z rąk Angsara. Jego wysokie buty były identyczne jak tamte, które widziała u mężczyzny uliczce. Była pewna swej racji, szczególnie, że niedługo potem dostrzegła podobne buty u innego z duchów, Tronda, młodego chłopaka, który zginął mając zaledwie siedemnaście lat.
Chyba powinna im podziękować, kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja.
Korytarz z wolna się rozszerzał, a podłoga zrobiła się znacznie równiejsza. Pojawiały się też jakieś boczne przejścia, jednak te ich nie interesowały.
Droga cały czas wiodła w dół, w głąb Ziemi, co wydało się Indze zastanawiające. Wrota powinny przecież prowadzić do innej rzeczywistości.
Zdawało się, że trwa to całą wieczność. Od czasu do czasu napotykali na miejsca, w których osypała się ziemia ze ścian, niekiedy korytarz się rozgałęział, oni jednak nigdy nie mieli wątpliwości, w którą stronę się kierować.
Zdarzało się również, że natrafiali na przeszkody w postaci zasypanych wąskich korytarzy, zawsze jednak udawało im się oczyścić przejście.
Szli już całą noc, kiedy Marco dał znak, że należy odpocząć. Inga była gotowa go za to ucałować, jej nogi zrobiły się ciężkie niczym kamienie, tak że każdy krok był istną męką. Z ulgą osunęła się na ziemię, zrzucając plecak z obolałych ramion.
Ellen wyciągnęła zapasy w nadziei, że dla wszystkich wystarczy. Nawet nie podejrzewała, że pójdzie ich tak wielu.
Kiedy się posilili, Marco powiedział:
- Nie wiemy, jak daleko zaszliśmy, wiemy tylko, że nieustannie kierowaliśmy się na północ, jakby w głąb kraju. Droga jest wciąż otwarta, więc możemy po prostu iść dalej. Zgadzacie się na krótki sen tutaj?
- Och, tak – wymamrotała Inga, choć inni spoglądali po sobie niepewnie.
Wilgotne ściany i podłoga z ziemi w wąskim korytarzu nie sprawiały zbyt sympatycznego wrażenia, ale czy znajdą lepsze miejsce? W końcu skinęli na znak, że się zgadzają. Sen pomoże im odzyskać siły przed dalszą wędrówką.
Dolg wstał.
- Chciałbym coś zaproponować – rzekł ze swoim łagodnym uśmiechem. – Mój przyjaciel Marco, nie wiedząc o tym, podsunął mi pewien pomysł. Kiedy szukaliśmy Wrót na Islandii i wydarzyła się ta straszna katastrofa, Marco wezwał na pomoc swych krewniaków, dwa czarne anioły, które nas ocaliły. To, że żyjemy, jest wyłącznie ich zasługą. Przed chwilą przyszło mi do głowy, że przecież ja też mogę postąpić tak, jak Marco. Również mam dwóch potężnych przyjaciół.
Dolg mówił o Obcych, Strażniku Góry i Strażniku Słońca, których spotkał w grocie w Tiveden, gdzie ukryte zostało Święte Słońce. To właśnie oni poprowadzili rodzinę Móriego i Dolga przez Wrota w Szwecji.
- Postanowiłem się dowiedzieć, czy jesteśmy na właściwej drodze, czy też może po prostu schodzimy coraz głębiej i głębiej, do czegoś, co nie wiadomo gdzie się kończy. Albo może wkrótce droga zostanie przed nami definitywnie zamknięta, a my nie będziemy mieli ani sił, ani jedzenia na powrót.
- Zrób to Dolgu, jeśli możesz. Wezwij swoich przyjaciół – poprosił Gabriel.
Dolg uśmiechnął się do niego z wdzięcznością.
- Już to zrobiłem – oznajmił. – Ale nie mogę powiedzieć, że otrzymałem odpowiedź, chciałem tylko poinformować, że próbowałem nawiązać kontakt. A teraz proponuję, byśmy za radą Marca poszli spać. Nie obiecuję, że coś się jutro wydarzy, a musimy odzyskać siły na całodzienny marsz.
Ułożyli się wygodnie, na tyle, na ile było to możliwe na twardej gołej ziemi. Nie trwało długo, a wszyscy pogrążyli się w głębokim letargicznym śnie…

Dwie niewiarygodnie wysokie postaci weszły do korytarza.
- Tutaj są. A więc to jednak nasz przyjaciel Dolg nas wzywał.
- A tam widzę, jego ojca, czarnoksiężnika. W końcu nas odnaleźli. Długa była ich wędrówka, myślę, że nie powinni się już męczyć.
- Spójrz jest z nimi dziecko! I kot. Wspaniale nasza hodowla potrzebuje nowej krwi. I… Och, zobacz sam!
Jego towarzyszysz podszedł bliżej.
- Na Święte Słońce! A cóż to takiego?
- Duchy, dokładnie tak, jak w poprzedniej grupie, wtedy gdy rodzina czarnoksiężnika przekraczała Wrota. Patrz, a tę tam poznaję! Ona była z nami na bagnach… Jak to oni się nazywają?
- Ludzie Lodu. Bardzo nam wtedy pomogli.
- Jest wśród nich kilkoro żyjących. Ciekawe, co ich skłoniło do wyruszania w tę podróż. I… spójrz!
Obaj popatrzyli na śpiącego Marca.
- Moc – powiedział jeden. – Szlachetna moc. To dla nas bardzo cenna osoba.
- Wydaje mi się, że w ogóle przybywa do nas wiele wartościowych istot.
- Bez w wątpienia. W Królestwie Światła zapanuje wielka radość. Nie tylko w rodzinie czarnoksiężnika.
- Dolg zawsze wie, kogo wybrać. Dzięki nim zdołamy się znacznie zbliżyć do celu.

Rozdział 15 – Czarne Sale

Pierwsze, co ją uderzyło zaraz po przebudzeniu, to cisza. Głęboka, wręcz namacalna cisza, niezakłócona przez nawet najmniejszy szelest.
Otworzyła oczy i ze zdumieniem rozejrzała się po ogromnych rozmiarów komnacie. Sklepienie znajdowało się tak wysoko, że ledwie potrafiła je dostrzec.
Wszystko tu było czarne z lekkim odcieniem niebieskiego, niektóre tylko drobiazgi wykonano ze złota. Te dwie barwy dominowały; prawdę mówiąc, innych kolorów nie było.
Nie wywierało to jednak wrażenia ponurości. Było piękne, baśniowo piękne.
Jedna ze ścian, na całej długości była zajęta przez regały pełne książek. Solidne biurko, zapełnione równymi stosikami jakichś papierów, zostało przesunięte pod regały, zapewne po to, by zrobić miejsce dla masywnego łoża z czterema kolumnami, które zupełnie tu nie pasowało. Inga domyśliła się, że zostało tuta postawione wyłącznie z jej powodu.
Poza tym, w komnacie znajdował się jeszcze podłużny stół z czarnego marmuru i dwa krzesła, obite aksamitnym, połyskującym materiałem.
Bez trudu odgadła, co to za miejsce.
Czarne Sale.
To tutaj po śmierci trafiali jej przodkowie, ci obciążeni i ci wybrani, jeśli takie było ich życzenie. Lucyfer wspaniałomyślnie zaproponował im miejsce w swym królestwie.
A skoro Inga również się tu znalazła, czy to oznaczało, że…
- Umarłam? – powiedziała głośno, a jej głos odbił się echem od ścian.
Co dziwne, nie czuła się jakoś szczególnie inaczej. Może nieco lżej, bardziej eterycznie, jakby grawitacja działała tu inaczej niż na Ziemi.
Wsłuchała się w siebie, szukając jakichś oznak swej nowej egzystencji. Nie doskwierał jej głód, pragnienie ani żadne inne potrzeby, których doznaje człowiek. Umysł miała jasny, czysty, choć przesłonięty delikatną mgiełką niepewności.
Jak umarła?
Zawsze jej się wydawało, że duchy pamiętają ostatnie chwile swego życia, ale ona potrafiła cofnąć się tylko do momentu, kiedy była gotowa urwać Lanie głowę…
Ale za co? Co takiego zrobiła jej nieznośna znajoma, że Inga miała ochotę zabić ją na sto różnych sposobów?
Była w parku, tyle wiedziała na pewno. Ale cóż się tam wydarzyło? Przygniotło ją drzewo, czy co? A może to ta cholerna ławka, zemściła się za kradzież spod sklepu?
Nieważne jak bardzo się starała zmusić szare komórki do pracy, napotykała pustkę. Nic, żadnego kolejnego wspomnienia, które rzuciłoby trochę światła na przyczynę jej śmierci.
Dziwne.
Wstała z łóżka, gotowa rozwikłać tę tajemnicę.
Swych ubrań nie znalazła, ale na oparciu krzesła wisiała suknia, najwyraźniej przygotowana z myślą o niej.
Od kiedy to duchy muszą się ubierać? Nigdy nie nosiła sukienek, były niewygodne i niepraktyczne, a ta, choć piękna, tym bardziej. Na górze prosta i idealnie dopasowana, z koronkowym dekoltem i rękawami, uszyta z delikatnego lśniącego materiału, poszerzana ku dołowi. Do sukienki dołączone były buty z miękkiej skóry, na płaskiej podeszwie. Ktokolwiek przyszykował strój, znał wszystkie jej wymiary. Niezbyt przyjemna myśl, ale zdecydowanie gorsza była ta, że natknie się na jakiegoś czarnego anioła, będąc tylko w bieliźnie.
To ją przekonało, by ubrać się bez kręcenia nosem i w końcu była gotowa wypróbować swe nowe możliwości, które jako duch, teraz powinna posiadać.
Niewidzialność nie zdała egzaminu, nie było tu nikogo, kto mógłby potwierdzić, czy rzeczywiście znikła. Ale jako istota niematerialna, powinna bez problemu przemieszczać się z szybkością myśli. Skupiła się, obierając za cel jakąś komnatę położoną w głębi i…
Nic się nie wydarzyło. Nadal znajdowała się w tym samym miejscu. Może znaczący był fakt, że nie znała rozkładu pomieszczeń, kto wie, nie zamierzała się jednak poddać.
Co jeszcze potrafią duchy?
- Przenikać przez ściany – odpowiedziała sama sobie i nagle uśmiechnęła się szeroko.
Tak, ta umiejętność, kiedy połączyć ją z niewidzialnością, mogła okazać się niebywale przydatna.
Zawsze ją zastanawiało, czy włosy Mikaela, te poniżej pasa, są równie jasne i kręcone, jak te na jego głowie. Teraz mogłaby się o tym przekonać, oczywiście z czystej ciekawości. Susanne pewnie by ją zabiła, że podgląda jej chłopaka, ale skoro już i tak nie żyła…
Podekscytowana, podeszła do ściany, w której znajdowały się drzwi. Za nią musiał być korytarz, więc bez trudu powinna znaleźć się po drugiej stronie. Odetchnęła głęboko (to duchy oddychają?!) i życząc sobie szczęścia, pobiegła wprost na przeszkodę, skupiona na tym, co zamierza osiągnąć i…
To było bardzo bolesne spotkanie. Dziewczyna odbiła się od twardego kamienia i łoskotem upadła na ziemię. Przez chwilę siedziała bez ruchu, oszołomiona. Coś poszło nie tak, ale co?
- Ingo.
Jej imię, wypowiedziane z nutką rozbawienia, najcudowniejszym głosem jaki znała, natychmiast przywróciło ją do rzeczywistości.
Podniosła wzrok, czując jak mocno wali jej serce.
Stał przy drzwiach z lekkim uśmiechem na ustach. Przyodziany w czerń, w wysokich do kolan butach i długim płaszczu wyglądał niebywale przystojnie.
Musiał się domyślić, co usiłowała zrobić, bo powiedział delikatnie:
- Nie jesteś duchem.
Inga, choć przekonana, że w wyniku uderzenia w głowę ma omamy, nie potrafiła powstrzymać się od zgryźliwości.
- Miałam okazję się o tym przekonać – mruknęła, pocierając bolące czoło. – Twarde, jak diabli. Co to za minerał? Antyduchowy?
Marco podszedł do niej i jednym ruchem postawił na nogi.
- Skąd ci przyszło do głowy, że nie żyjesz?
Przyjrzała mu się podejrzliwie. Jego ręce były zbyt ciepłe i realne, jak na wytwór wyobraźni. Wrócił? Czyżby tamten świat nie był tak wspaniały, jak twierdzili czarnoksiężnicy? A może zmienił zdanie i postanowił zostać?
Był tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać.
Bez ostrzeżenia rzuciła mu się w ramiona, oczekując kolejnego spotkania z twardym podłożem. Ale nic takiego się nie stało, Marco złapał ją, z trudem utrzymując równowagę, kiedy przylgnęła do niego desperacko.
- Tak się cieszę, że wróciłeś! – zawołała uradowana. – Co się stało? Nie odnaleźliście Wrót?
Marco przez moment pozwolił jej na ten nagły wybuch uczuć, po czym delikatnie wyswobodził się z jej niedźwiedziego uścisku.
- Zrezygnowaliśmy z ich szukania, kiedy nasza wyprawa omal nie skończyła się tragicznie. Kverkfjöll to naprawdę niebezpieczne miejsce, nigdy nie powinniśmy porywać się na coś tak irracjonalnego.
Inga chciała rzucić jaką kąśliwą uwagę, że od początku tak mówiła, ale widząc dziwnie zatroskane spojrzenie Marca, zapytała:
- Wydarzyło się coś jeszcze, prawda? To dlatego tutaj jestem?
- Nie powinnaś się tym na razie przejmować – odparł wymijająco. – Nie jesteś ciekawa, jak przebiegała nasza wyprawa? Myślę, że zainteresuje cię to, czego się dowiedzieliśmy – dodał, mając nadzieję, że to odwiedzie dziewczynę od dalszych pytań.
Inga oczywiście w mig pojęła jego zamiary, ale ciekawość zwyciężyła. Cokolwiek sprawiło, że trafiła do Czarnych Sal, musiało nie być aż tak znaczące, skoro mogło poczekać.
Usiedli przy stole i Marco zaczął opowiadać.
Addi w końcu zgodził się ich zawieźć do Kverkfjöll. Nim zeszli pod lodowiec, kierowca wyposażył ich w odbiornik radiowy, by w razie czego, mogli się z nim skontaktować, przygotował również trochę sprzętu wspinaczkowego, niezbędnego przy wyprawach w głąb lodowca. Miranda, jak wcześniej napomknęła Indze, uparła się, by im towarzyszyć.
Wędrówka przez groty nie była łatwa, często musieli piąć się na ogromne zwały lodu i przeciskać przez wąskie przejścia. A kiedy pokonali mniej więcej połowę drogi, nastąpiła katastrofa. Gdzieś w głębi lodu rozległ się potężny grzmot, który przetoczył się przez ukryte korytarze. Wstrząs sprawił, że cały lodowy sufit zaczął się łamać, zasypując wyjście i zupełnie odcinając im drogę ucieczki. Znaleźli się w pułapce.
Nie widząc innej możliwości, Marco poprosił o pomoc swych przyjaciół, dwa czarne anioły, które towarzyszyły mu od dziecka. Przybysze stopili lodowy blok – przeszkodę zamykającą przejście i czwórka wędrowców była wolna.
Zrezygnowali jednak z poszukiwania Wrót w tym miejscu, to było zupełnie bezsensowne. Niespodzianką okazało się jednak to, że czarne anioły znały legendy o tamtym świecie, do którego tak bardzo pragnęli dotrzeć Móri i Dolg.
- Nie wierzę, że ich po prostu nie zapytałeś – mruknęła Inga, choć jej samej również nie przyszło to do głowy. – Mogliście tam zginąć, a w każdym razie Miranda!
- Tak, to było bardzo niemądre z naszej strony, zwłaszcza, że i ty i Addi nas ostrzegaliście – przytaknął Marco. – Moi przyjaciele powiedzieli nam jednak o innej drodze wiodącej do Królestwa Światła, tym razem całkowicie bezpiecznej.
Inga uniosła brwi z zainteresowaniem.
- Królestwo Światła? To brzmi bardzo pozytywnie, nie uważasz? A te Wrota, to właściwie gdzie one się znajdują?
- W jednym z kościołów w Oslo. Został on zbudowany na miejscu dawnej pogańskiej świątyni. W średniowieczu był tam również klasztor, a mnisi, którzy wiedzieli o tajemnym przejściu, zamurowali je. Nie chcieli mieć nic wspólnego z pogańskimi rytuałami, jakie się tam kiedyś dokonywały. Sądzili zresztą, że wiedzie ono do piekła, a w rzeczywistości było drogą do Królestwa Światła.
Inga uśmiechnęła się leniwie.
- To wspaniale. Kiedy wyruszamy? – spytała, jakby to, że tym razem idzie z nimi, było czymś oczywistym.
Marco nie był wcale zaskoczony, wciąż pamiętał, jak bardzo Inga przeżyła fakt, że muszą się rozstać. Już nawet rozmawiał z Ravim i Alise, szczególnie, że Nataniel, Ellen i ich wnuczka oraz Gabriel z córkami, również zdecydowali się im towarzyszyć. No i nie można zapomnieć o kilku duchach Ludzi Lodu, które nie potrafiły znaleźć sobie miejsca w Czarnych Salach.
- Niebawem – odparł z uśmiechem. – A teraz, chodź. Już czas.

Marco prowadził ją przez długie korytarze i ogromne komnaty. Czasem napotykali czarne anioły, potężne istoty o lśniących skrzydłach, z poważnymi twarzami i surowym spojrzeniem. Kłaniały się z szacunkiem, gdy ich mijały i choć na pewno było to skierowane wyłącznie do Marca, Indze bardzo podobał się ten gest. Do niej, czy nie, choć mogła sobie wyobrazić, jak to jest być kimś wyjątkowym. Nie żeby nie była…
W końcu zatrzymali się przed wysokimi, dwuskrzydłowymi drzwiami, w całości pokrytymi złotem.
Inga jęknęła ze zgrozą. Wiedziała, kto się za nimi znajduje, ale nie była pewna, czy jest gotowa na to spotkanie. Były anioł światłości nieco stracił w jej oczach, kiedy okazało się, nie był wcale taki dobry jak się to wydawało, że pomógł Ludziom Lodu wyłącznie z własnych, egoistycznych pobudek. Naprawdę nie chciała, aby spostrzegł, że za nim nie przepada.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł – wyraziła swe obawy. – Wiesz, że ja jestem nieokrzesana, palnę coś głupiego i nieszczęście gotowe.
Marco roześmiał się przyjaźnie, po czym zapytał, nie kryjąc ironii:
- Boisz się?
- Ja? Nie, skądże znowu – zaprzeczyła nonszalancko, ale zaraz dorzuciła z paniką: – Tak, do cholery, boję się jak diabli! Nie chcę skończyć jako kupka popiołu!
- Naprawdę ci to nie grozi – odparł uspokajająco, nie przestając się uśmiechać. – Ojciec chce z tobą tylko porozmawiać. To nic strasznego.
- Czekaj, bo ci uwierzę – parsknęła, czując jak wali jej serce. – Wejdziesz ze mną? – dodała błagalnie.
Marco pokręcił głową.
- Przyjdę po ciebie, kiedy skończycie.
- Albo kiedy on ze mną skończy – wymruczała pod nosem. Odetchnęła głęboko, pragnąc dodać sobie odwagi. Nigdy w życiu nie była tak przerażona.
Niewidzialne siły otworzyły przed nią drzwi i powoli weszła do środka. Na wygląd sali w ogóle nie zwróciła uwagi, bowiem dostrzegła oczekującą ją postać, przyodzianą w przepaskę na biodra.
Był to czarny anioł, lecz olbrzymi, górujący nad wszystkimi pozostałymi; nie tylko z powodu niebywałego wzrostu, lecz także emanującej z niego siły i autorytetu. Skrzydła sięgały sklepienia, a ich dolne końce opierały się o posadzkę. Kruczoczarne włosy w lokach spływały na ramiona, a blask jego oczu wydawał się niemal nieznośny. Był lśniąco czarny, dokładnie tak jak węgiel i piękniejszy niż człowiek może pojąć.
Wiedziona uczuciem ogromnego szacunku, Inga padła na kolana.
Po chwili poczuła gorącą dłoń na ramieniu, zachęcającą, by wstała. Gdy uniosła głowę, Lucyfer, niesamowity anioł światłości, przybrał bardziej ludzką postać, choć zachował skrzydła. Jednak autorytet bijący od niego kazał dziewczynie znów spuścić wzrok, to było silniejsze od niej.
– Więc ty jesteś Inga – rzekł po chwili, przyglądając jej się z uwagą. – Twoja reputacja cię wyprzedza, a opowieści o twoich wyczynach, dotarły nawet do mojego królestwa.
- Podejrzewam, że nie działa to na moją korzyć – mruknęła z zażenowaniem.
Lucyfer uśmiechnął się lekko i poprosił, aby usiadła w dużym, obitym skórą fotelu, a sam oparł się o biurko. Wciąż przyglądał się jej badawczo i Inga w przerażającym momencie doznała wrażenia, że przenika ją na wylot.
- Pokładam w tobie duże nadzieje – odezwał się z powagą. – To co się wydarzyło poprzedniego wieczora, nigdy nie powinno mieć miejsca. Pozwolenie, aby pozbawiono cię jedynej ochrony, jaką dawała ci alrauna, było bardzo nierozsądne.
Inga zmarszczyła czoło i sięgnęła ręką do szyi. Rzeczywiście, amuletu nie było.
- Nie wiem, jak to się stało. Nie pamiętam.
- Nic dziwnego. Mój drogi syn wymazał te wspomnienia z twojej pamięci, aby cię nie niepokoić – wyjaśnił sucho, ale zaraz jego twarz rozjaśnił uśmiech. – Bardzo mnie cieszy, że Marco troszczy się o twoje samopoczucie – dodał cicho, jakby do siebie.
Och, że co? przemknęło jej przez myśl.
- Z całym szacunkiem, Panie – powiedziała ostrożnie – ale nadal nie mam pojęcia, o czym mówisz. Co się stało z moim wisiorkiem?
Lucyfer nie opowiedział, tylko pochylił się nad biurkiem i wysunął jedną z szuflad. Po chwili położył przed Ingą alraunę.
- Już nie będzie ci potrzebna – poinformował ją – ale pomyślałem, że będziesz chciała ją zatrzymać.
Inga wpatrywała się w amulet, czując jak ogarnia ją nagły chłód. Dopiero po chwili dotarły do niej słowa czarnego anioła.
- To znaczy, że ta istota…?
- Tak – przytaknął Lucyfer. – Została odesłana i już ci nie będzie zagrażać.
Właściwie powinna poczuć ulgę, w końcu mogła przestać się obawiać o swoje życie (jakby w ogóle to robiła), ale się tak nie stało. Nie, kiedy wciąż nie widziała, w jaki sposób do tego doszło. Ostatnie, co pamiętała to to, że była w parku z przyjaciółmi. Czy z nimi wszystko w porządku?
- Ale jak? – spytała, patrząc prosto w ciemne oczy byłego anioła światłości. Nagle stwierdziła, że nie czuje się już aż tak bardzo nieznacząca, wobec jego potęgi. – Chcę odzyskać wszystkie moje wspomnienia, wbrew temu, co myśli o tym Marco.
Lucyfer skinął głową i bez słowa spełnił jej prośbę (brzmiącą bardziej jak żądanie, ale udał, że tego nie zauważył). Położył swą kształtną dłoń na czole Ingi, która niemal natychmiast poczuła gorący strumień energii z niej płynący.
Chwilę później pojawiły się wspomnienia.
Mroczny park, Lana zrywająca jej amulet. Szaleńczy bieg. Wściekłość. Przerażenie Susanne. Krzyk Pauli. Jej martwe ciało leżące u schodów.
I ona.
Piękna kobieta o płonących, nienawistnych oczach.
A później już tylko ból, kiedy dosięgło ją zaklęcie, mające pozbawić życia.
Inga oddychała ciężko, usiłując sobie poradzić z tą wiedzą. Paula zginęła. Nie przez nią, ale czuła się współwinna. Gdyby lepiej pilnowała alrauny, nigdy by do tego nie doszło.
- Co się stało później? – zapytała bezbarwnie. – Moi przyjaciele?
- Wszystko z nimi w porządku. Nie będą niczego pamiętać z tego… incydentu – odparł Lucyfer uspokajająco. – Arakiel zjawił się zaraz po tym, jak go wezwałaś. Nie rozumiem tylko, dlaczego tak długo zwlekałaś. Kiedy Marco przybył z tobą do Czarnych Sal, byłaś na granicy śmierci. Żyjesz wyłącznie dlatego, że w twoich żyłach płynie moja krew, co daje ci znaczną przewagę nad zwyczajnymi śmiertelnikami.
Choć mówił spokojnie, Inga całą sobą czuła, jak bardzo jest wzburzony tą sytuacją. Nie przejęła się tym zbytnio, może dlatego, że potwierdziły się przypuszczenia Tovy; Lucyfer rzeczywiście miał wobec niej plany, co bardzo się Indze nie spodobało. Zastanawiała się tylko, w jaki sposób zamierza je osiągnąć, skoro ona niebawem zniknie za Wrotami, gdzie, jak miała nadzieję, jego władza nie sięgała.
- Nie pomyślałam, o tym – powiedziała po prostu. – To wszystko działo się tak szybko… – Chciała dodać, że bardziej martwiła się o przyjaciół, niż o siebie, ale drażnienie Lucyfera nie było najlepszym pomysłem. Zamiast tego, zapytała: – Dlaczego ona chciała mojej śmierci? Nie przypominam sobie, abym naraziła się czymś demonom, a przynajmniej nie świadomie.
Lucyfer poruszył się nieznacznie.
- W gruncie rzeczy, to istota wcale nie była demonem – wyjaśnił – a to, że obrała sobie za cel właśnie ciebie… Myślę, że częściowo ponoszę za to odpowiedzialność.
Czyżby w jego głosie usłyszała poczucie winy?
- Jak, zapewne wiesz – kontynuował – nasz świat jest pełen istot, które, podobnie jak ja, zostały wykluczone z anielskiej społeczności i strącone do otchłani, bo odważyły się sprzeciwić Najwyższemu. Choć śledzimy swe poczynania, raczej staramy się, nie wchodzić sobie w drogę. Zdarzyło się jednak, że jeden z moich braci, zwany Samaelem, poprosił mnie o przysługę. Działo się to na długo przed pojawieniem się na Ziemi Ludzi Lodu. Nie było to nic wielkiego, zresztą, to nieistotne, ale od tamtej pory, nasze stosunki się zacieśniły i Samael, co jakiś czas, gościł w Czarnych Salach. Nie przeszkadzało mi to, jednak kiedy po śmierci Ulvara, zamieszkał tutaj Marco, pojawił się problem.
Lucyfer pogrążył się na chwilę w zadumie, co pozwoliło Indze przyswoić jego słowa.
Wkrótce podjął przerwany wątek:
- Wraz z Samaelem, zwykle przybywała jedna z jego towarzyszek, aniołów rozpusty. Najczęściej była Naama, która bardzo szybko upodobała sobie mojego syna. Oczywiście Marco, z wiadomych względów, nie odwzajemniał jej uczuć, poza tym, pochłonięty nauką, nie miałby nawet czasu na takie sprawy. Naama jednak nie dawała za wygraną, pewna, że Marco w końcu jej ulegnie.
I wtedy na świat przyszłaś ty, cudowne ludzkie dziecko, obdarzone potężnymi mocami czarnych aniołów. Rzecz fizycznie niemożliwa, a jednak wszystkie dowody niezaprzeczalnie świadczyły, że to prawda. Byłem tak niezmiernie podekscytowany osobliwością tego zjawiska, że nie mogłem pozwolić, aby twoje zdolności się zmarnowały. Postanowiłem, że kiedy nadejdzie odpowiedni czas, Marco weźmie cię pod swoje skrzydła i przekaże ci wiedzę, którą nabył przez te wszystkie lata swego długiego życia. W swej dumie poinformowałem o tym Samaela, co jak się później okazało, było błędem. Wiadomość szybko dotarła do Naamy, która zagroziła, że nie spocznie, póki nie pozbędzie się rywalki. Była tak zaślepiona zazdrością, że ani przez chwilę nie wątpiłem w prawdziwość tej groźby. Nie mogła znieść myśli, że jakaś zwyczajna ludzka istota, zyska całą uwagę Marca, kiedy na nią nawet spoglądał. Zaraz podjąłem odpowiednie kroki, aby zapewnić ci bezpieczeństwo, stworzyłem amulet, który miał ukryć twoje istnienie przed Naamą. Nakazałem również Arakielowi, by ujawnił swemu synowi prawdę o korzeniach i poinformował go, na jakie niebezpieczeństwo jesteś narażona. Wtedy także przywróciłem Ludziom Lodu zdolność widzenia przodków, tak na wszelki wypadek, aby mieć pewność, że zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, abyś otrzymała należytą ochronę.
W końcu Lucyfer powiedział już wszystko i zamilkł, dając Indze czas na refleksję.
Zadowolił ją fakt, że prócz poznania motywów Naamy (tak niepoważnych, że aż wręcz głupich), dowiedziała się również kilku istotnych rzeczy. Lucyfer nieco zyskał w jej oczach; przyznał się do błędu i wiele zrobił, aby go naprawić, dzięki czemu wciąż żyła. Co prawda, miał w tym jakiś cel, choć jeszcze nie odkryła jaki. Wyjaśniło się również, dlaczego Ravi, właśnie w dniu jej narodzin, dowiedział się o istnieniu Ludzi Lodu. Tylko czemu nie poinformowali go o tym wcześniej?
- A co ze mną? – zapytała po chwili. – Czy to, że przez tyle lat żyłam w nieświadomości, również było decyzją Waszej Wysokości, a nie mojej babki, tak jak mi powiedziano?
- Owszem. Dopóki nie wiedziałaś, kim naprawdę jesteś, istniało większe prawdopodobieństwo, że nie będziesz posługiwać się swymi zdolnościami, a przynajmniej nie tak często. Ale jak już oboje wiemy, było to bardzo naiwne myślenie – dodał z krzywym uśmiechem.
Inga również się uśmiechnęła, ale raczej po to, aby ukryć niedowierzanie. Bo choć wyjaśnienie Lucyfera brzmiało sensownie, czuła, że to tylko część prawdy. Tych wszystkich odpowiedzi mógł jej przecież udzielić Marco, a skoro ich nie znał, zaczęła podejrzewać, że piękny anioł światłości wymyślił je na poczekaniu.
Co i dlaczego, tak skrupulatnie pragnął przed nią ukryć?
Mimo świadomości, że Lucyfer nie zdradzi jej więcej, niż będzie uważał za słuszne, stwierdziła, że chociaż spróbuje wyciągnąć z niego tyle, ile się da.
Ale nie zdążyła.
Nieoczekiwanie złote wrota się uchyliły i do środka wszedł jeden z czarnych aniołów. Z szacunkiem przykląkł na jedno kolano, składając pokłon swemu władcy, po czym powiedział, kilka słów w nieznanym języku.
Inga z zaskoczeniem zauważyła, że wszystko zrozumiała, choć nigdy wcześniej nie zetknęła się z tą mową.
Czarny anioł poprosił Lucyfera o pomoc przy jakimś drobnym kłopocie, co ten, jak jej się wydawało, przyjął z ulgą. Zupełnie jakby był świadomy, że Inga ma zamiar zsypać go pytaniami, na które nie chciał odpowiadać.

Rozdział 14 – Tęsknota

Cały ranek padało.
Inga siedziała na parapecie, mieszając łyżką w swoim kociołku – metalowym kubku podwędzonym z ogródka sąsiadki. Jej ruchy były powolne, niemalże flegmatyczne, ale jasnobrązowa maź z wolna zmieniała się w papkę. Wciąż jednak była zbyt wodnista, by mogła uznać, że jest już gotowa. Co prawda na starej recepturze ze zbiorów Ludzi Lodu wyraźnie było napisane, że trzeba mieszać szybko i energicznie, aby specyfik przybrał odpowiednią konsystencję, ale bębniące o szybę krople deszczu skutecznie odwracały jej uwagę od mikstury.
Krajobraz za oknem był szary i ponury, a panująca w domu cisza przytłaczająca, co zdecydowanie sprzyjało melancholii, ale robiła wszystko, aby się jej nie poddać.
Bardzo niefortunnie się złożyło, że rodzice musieli wrócić do pracy właśnie dzisiaj; ich obecność na pewno, by jej pomogła poradzić sobie z uczuciem przygnębienia po odejściu Marca.
Ravi i Alise byli podobnego zdania, choć bardziej z obawy, że Inga może zrobić coś głupiego. Niestety, nie mogli zostać, aby jej przypilnować, ale dzwonili co jakiś czas się upewnić, czy wszystko z nią w porządku. Ingę z początku wzruszała ich troska, ale po którymś z kolei telefonie miała dość, co bardzo wyraźnie im uświadomiła. Chciała się skupić na swym zajęciu, a nie biegać co chwilę na dół, żeby odebrać telefon.
W końcu maź zgęstniała i zmieniła swój kolor na ciemny brąz, co, według przepisu, oznaczało, że jest gotowa. Inga zeskoczyła z parapetu i zeszła do kuchni poszukać jakiego słoiczka. Maść miała pomagać na różnego rodzaju urazy i stłuczenia. Przygotowała ją dla Raviego, który przypadkiem potknął się o psa sąsiadów i niefortunnie upadł na drabinę, raniąc się w udo. Psu oczywiście nic się nie stało i jak gdyby nigdy nic wrócił do kopania dołów w ich ogródku. Wredny kundel.
Środki, które ojciec kupił w aptece nie pomagały, więc Inga sięgnęła po skarb Ludzi Lodu. Na szczęście większość ziół do sporządzenia maści znalazła w węzełku, a te brakujące pominęła, mając nadzieję, że nie były zbyt istotne, aby lek zadziałał.
Znalazła słoik, napełniła go gęstą papką i włożyła do lodówki, aby stwardniała.
I właśnie wtedy ponownie rozległ się dzwonek telefonu.
Dziewczyna zerknęła na zegarek i zazgrzytała zębami. Wytrzymali czterdzieści minut. Przecież to jakiś obłęd.
Ze złością sięgnęła po słuchawkę.
- Tak, żyję i mam się dobrze! – wrzasnęła i się rozłączyła.
Stało się jasne, że nie dadzą jej spokoju aż do powrotu z pracy, co miało nastąpić dopiero za kilka godzin. Mogła oczywiście odłożyć słuchawkę, ale to groziło, że wrócą do domu z obawą, że coś sobie zrobiła. A tego już nie chciała. Marco bywał nadopiekuńczy, ale to co wyprawiali rodzice przechodziło ludzkie pojęcie.
Zerknęła w okno.
Deszcz zamienił się w leniwą mżawkę, która wcale nie zachęcała do opuszczenia przyjemnie ciepłego domu. Ale, że tylko w ten sposób mogła uniknąć kolejnych telefonów…
Niechętnie doprowadziła się do porządku, rozmyślając, dokąd mogłaby pójść.
Susanne z niecierpliwością oczekiwała na wiadomość od niej, zresztą już kilka razy dobijała się do drzwi, ale Inga jeszcze nie była gotowa o wszystkim jej opowiedzieć.
Indra. Tak, kuzynka na pewno ucieszyłaby się z wizyty, ale Inga nie miała pojęcia, gdzie ona właściwie mieszka. Tak samo jak Nataniel i Ellen – oni jednak, dopiero co odzyskali wnuczkę, więc nie chciała zawracać im głowy.
W końcu zdecydowała, że pojedzie do Lipowej Alei. Tova ze swoim żywym usposobieniem zajmie jej myśli i nie będzie o nic pytać. Nataniel na pewno o wszystkim jej opowiedział, kiedy odbierał Sassę.
Podróż zdezelowanym autobusem nie należała do przyjemnych; przez całą drogę Inga tęskniła za wygodnym superjeepem Addiego, a kiedy w końcu wysiadła na jakimś przystanku w Bærum, stwierdziła, że postąpiła bardzo niemądrze.
Jak ona ma odnaleźć Lipową Aleję pośród tych wszystkich wąskich uliczek, skoro nie znała jej dokładnego adresu?
Kiedy była tu ten jedyny raz z Markiem, jakoś niespecjalnie patrzyła na drogę. Bardziej interesowały ją jego szerokie plecy i bijąca od niego energia, niż to, którędy jechali. To był błąd, ale kto myślałby o drodze, obejmując takiego przystojniaka?
Cóż, teraz mogła albo wrócić do domu albo ruszyć przed siebie z nadzieją, że dopisze jej szczęście. Wybrała to drugie i bardzo szybko się przekonała, że zdecydowanie najlepsza byłaby opcja trzecia: zapytanie kogoś o drogę.
Wąskie, niemalże jednakowe ulice, zdawały się z niej drwić, kiedy tak krążyła między okazałymi willami wypatrując małej Lipowej Alei. Nie wiedziała nawet, czy szuka we właściwym miejscu; domy zdawały się ciągnąć w nieskończoność, a kiedy po raz trzeci minęła kamienny posąg, stojący na jednym ze skrzyżowań, ogarnęła ją czarna rozpacz.
Krążyła w kółko nawet nie zdając sobie z tego sprawy!
Nie miała komórki, aby zadzwonić do Tovy, a przystanek diabli wzięli. Ludzie również sprzysięgli się przeciwko niej, nie widziała nikogo, kto mógłby jej wskazać właściwy kierunek. Do tego było jej piekielnie zimno; kurtka nieprzemakalna była tylko z nazwy, a w adidasach przy każdym kroku chlupała woda.
Na szczęście udało jej się znaleźć mały osiedlowy sklepik, a pracująca tam kobieta, choć nigdy nie słyszała o Lipowej Alei, znała kościół Gråstensholm.
Indze spadł kamień z serca.
Kierując się wskazówkami kobiety, w końcu dotarła pod niewielki kościół z czterema wieżyczkami. Stąd droga do Lipowej Alei była już prosta, ale nim się tam udała, weszła jeszcze na cmentarz.
Wielu z Ludzi Lodu znajdowało ukojenie pośród milczących mogił przodków. Może rzeczywiście coś w tym było, bo kiedy już obeszła większość grobów i zatrzymała się przed tym najstarszym, należącym do Tengela Dobrego i Silje, zrobiło jej się jakoś lżej na duszy.
W Lipowej Alei, Tova wcale nie była zaskoczona, kiedy Inga niespodziewanie weszła do kuchni, zostawiając za sobą mokre ślady stóp. Na krześle już czekało na nią suche ubranie, na stole leżały kanapki, a w dzbanku parzyła się gorąca herbata. Ciotka zaś, jak gdyby nigdy nic, rozwiązywała krzyżówkę.
Inga bez słowa złapała ubrania i poczłapała do łazienki, a później, już wysuszona i przebrana, usiadła przy stole i zapytała:
- Skąd wiedziałaś?
Tova uśmiechnęła się kpiąco.
- To twój ojciec. Obdzwonił połowę Norwegii, nim przyszło mu do głowy, że mogłaś przyjechać do mnie. Ale to było ponad dwie godziny temu…
Inga skrzywiła się nieznacznie na wspomnienie swej męczeńskiej wędrówki i sięgnęła po kanapkę.
- Hm…i co dalej? Dzwonił jeszcze piętnaście razy, z pytaniem, czy się znalazłam?
- Nie, po drugim telefonie uznałam, że ktoś powinien sprawdzić, co się z tobą stało.
Brwi dziewczyny powędrowały w górę.
- Ktoś? – spytała zdziwiona. – Nikogo nie widziałam.
- Nic dziwnego, skontaktowałam się z duchami i poprosiłam je, aby cię znalazły – wyjaśniła Tova cierpko. – Nie rozmawiałam z nimi od trzydziestu czterech lat i miałam nadzieję, że już tak pozostanie.
- Z duchami Ludzi Lodu? Przecież odebrano nam zdolność widzenia przodków, więc jak…?
- Tak było – przyznała – ale tylko do czasu aż ty się urodziłaś. Co nie zmienia faktu, że możemy korzystać z tego daru tylko w wyjątkowych sytuacjach. Nie wiem, czy dzisiejsza do takich należała, ale Ravi nie dał by mi spokoju dopóki byś tu nie dotarła.
- Czekaj – potrząsnęła głową Inga. – Aż się urodziłam? A co to miało do rzeczy?
Tova wzruszyła ramionami.
- Gdybym ja to wiedziała. Najwyraźniej Lucyferowi zależy na twoim bezpieczeństwie. To może oznaczać, że ma wobec ciebie jakieś plany, co by mnie wcale nie zdziwiło. On lubi wykorzystywać innych do swoich własnych celów – dodała z goryczą.
Tova wciąż nie potrafiła wybaczyć byłemu aniołowi światłości, że posłużył się Ludźmi Lodu, by usunąć z drogi swego ostatniego rywala, Tengela Złego.
- Żeby tylko się nie przeliczył – mruknęła Inga. – Nie mam zamiaru być jego kolejną marionetką.
- Och, Lucyfer potrafi być niesamowicie przekonujący. Zresztą, już sam jego autorytet zupełnie odbiera ci zdolność trzeźwego myślenia i nim się spostrzeżesz, jesteś gotowa zrobić wszystko, czego zażąda.
- Wierzę ci na słowo, ale nie wydaje mi się, aby Lucyfer osobiście miał zamiar mnie poinformować o swoich żądaniach. Dopiero w roku 2080 będzie mógł opuścić Czarne Sale, więc nie ma obaw. Wtedy ja będę już martwa.
- Obyś się nie myliła – powiedziała Tova w zamyśleniu.

Nieco później przeniosły się do przytulnego salonu, gdzie Tova wyciągnęła butelkę domowego wina. Co prawda Inga była niepełnoletnia, ale obie udawały, że wcale tak nie jest.
Przez jakiś czas rozmawiały o błahostkach i plotkowały o pozostałych Ludziach Lodu. Tova ze złośliwą satysfakcją poinformowała dziewczynę, że Jo, Kiell i Rakel długo nie potrafili się otrząsnąć po ostatnim spotkaniu, ale teraz zupełnie inaczej postrzegali rodową historię. Poza tym wspominała zabawne sytuacje, jakie zdarzały się podczas uroczystości rodzinnych, ujawniała skrywane sekrety, o których przypadkiem wiedziała i które, według niej, Inga również powinna poznać, jednakże największą przyjemność sprawiały jej opowieści o żenujących wpadkach krewniaków. Szczególnie upodobała sobie swego syna, Tengela, który w jej ustach zdawał się być prawdziwą ofiarą losu.
Inga słuchała tego wszystkiego ze szczerym rozbawieniem, co jeszcze kilka godzin temu wydawało się niemożliwe. Słodkie wino w cudowny sposób ją rozluźniło i pozwoliło zapomnieć o wszystkich troskach.
W końcu opowiedziała ciotce o swych poszukiwaniach Lipowej Alei, co z perspektywy czasu, nie wydawało się jej już takie okropne. Kiedy skończyła, Tova dobitnie jej uświadomiła, że autobus, którym jechała, kończy swą trasę niemal przy samym kościele Gråstensholm. Ale skąd Inga mogła o tym wiedzieć?
Korzystając z okazji, wypytała również o adresy pozostałych Ludzi Lodu; miała zamiar niebawem ich odwiedzić, by nadrobić stracony czas i lepiej poznać krewnych. Chociaż niekoniecznie wszystkich…
Tova z zadowoleniem obserwowała jak nastrój Ingi się poprawia i z wolna zaczęła kierować rozmowę na ostatnie wydarzenia. Nataniel tylko pobieżnie opowiedział jej o odnalezieniu Dolga i poinformował o decyzji, jaką podjął Marco, więc chciała dowiedzieć się czegoś więcej. Szczególnie była ciekawa relacji, jakie łączyły Ingę z jej przystojnym kuzynem. Jak daleko sięgała pamięcią, nie było nikogo, kto tak bardzo przeżywał jego odejście, co przecież zdarzało się dosyć często; Marco ukrywał się przed Tengelem Złym, więc tylko w wyjątkowych sytuacjach i na bardzo krótki okres czasu, pojawiał się wśród krewnych.
Inga bez oporów dała się wciągnąć w opowieść o podróży na Islandię, mówiła o wszystkim, począwszy od lotu samolotem i wkurzającej Bodil, aż do odnalezienia Dolga w przepięknym Gjáin. Wnikliwie nakreśliła malowniczy krajobraz wyspy, nie pomijając żadnych szczegółów, a fascynacja jej głosie udzieliła się Tovie, która nagle stwierdziła, że chętnie ujrzałaby cudy Islandii na własne oczy. Nie mogła jednak nie zauważyć, że Inga w swej opowieści całkowicie pominęła Marca. Ani słowem nie zająknęła się na jego temat, zupełnie jakby nie brał udziału w tej wyprawie. To bardzo ją zaintrygowało; sama jako młoda dziewczyna, była w nim zadurzona i odnosiła wrażenie, że Inga teraz przeżywa to samo, co ona kiedyś, tyle że dużo intensywniej.
Oczywiście to nie była jej sprawa, ale nie mogła się powstrzymać i zapytała:
- Kochasz go?
Dziewczyna niemal udławiła się winem, słysząc to jakże subtelne pytanie. Kiedy w końcu, kaszląc i parskając, udało jej się odzyskać oddech, spojrzała na ciotkę oczyma pełnymi łez.
- Czy ja co? – wykrztusiła, zachrypniętym głosem. – O kim ty w ogóle mówisz?
- Jak to, o kim? O Marcu, oczywiście.
- O Ma… Boże, nie! – zaprzeczyła zaskoczona, wycierając oczy. – Skąd ci to przyszło do głowy? Jesteśmy… Byliśmy – poprawiła się – tylko przyjaciółmi. Dlaczego miałabym się w nim zakochać?
Tova uniosła brwi.
- Właśnie, dlaczego – powiedziała kpiąco. – Jest przystojny, inteligentny, szlachetny, wyrozumiały… No, rzeczywiście, nic nadzwyczajnego. A jednak zachowujesz się, jakby wraz z nim odeszła cząstka ciebie.
Inga westchnęła poirytowana.
- Po prostu mi go brakuje, czy to takie dziwne? Nie mogę skakać z radości, kiedy jedyna osoba, która mnie nie potępiała za każde głupstwo, zniknęła w innym wymiarze.
- Ale nie zmierzasz – zaczęła Tova z wahaniem – popełnić jakiegoś głupstwa?
- Głupstwa? O Boże, rozmawiałaś z Ravim – uświadomiła sobie nagle. – Oni myślą, że mogę się zabić? To dlatego wydzwaniali do mnie przez cały ranek? Chyba do reszty powariowali!
- Rodzice się po prostu o ciebie martwią – zaprzeczyła ciotka łagodnie. – Naprawdę niełatwo im jest patrzeć jak cierpisz, a wczorajszego dnia wyglądałaś na całkowicie pozbawioną chęci do życia. Nic dziwnego, że pomyśleli o najgorszym.
- Ale żeby zaraz samobójstwo? To tylko dowodzi, jak mało mnie znają.
- Czyżby? – zapytała Tova spokojnie. – Nigdy wcześniej nie zachowywałaś się jak zombie, tryskałaś energią, wszędzie cię było pełno. A tu nagle wracasz całkowicie odmieniona, cicha i zamknięta w sobie. Skąd mogli wiedzieć, czy twoje przygnębienie nie doprowadzi przypadkiem do nieprzemyślanych czynów?
- Bez przesady – prychnęła, kręcąc głową. – Jedyne głupstwo jakie mogę popełnić, to ewentualnie zabić KOGOŚ, ale nie siebie. No, chyba, że wcześniej ktoś zabije mnie – dodała po namyśle. – Co jest bardzo prawdopodobne.
Twarz Tovy nagle stała się bardzo poważna.
- Nie powinnaś nawet tak myśleć – zganiła ją. – Demony to groźne i podstępne istoty, ale mocą nie dorównują czarnym aniołom. Nie masz najmniejszego powodu, aby się obawiać, o ile zachowasz ostrożność.
- Już to gdzieś słyszałam. Wiesz coś więcej o tym demonie?
Ciotka zaprzeczyła.
- Mogłaś spytać o to Marca, kiedy miałaś ku temu okazję.
- No właśnie, wyobraź sobie, że tak zrobiłam – odparła Inga ponuro. – I co usłyszałam? Nic! Marco nie ma pojęcia, kim jest ta tępa istota, ani czego ode mnie chce. Oczywiście poza moją śmiercią. A Arakiela nie zapytam, bo go nie lubię.
Tova pochyliła się z nagłym zainteresowaniem.
- To ciekawe – wymruczała. – Dlaczego Marco został wykluczony z poszukiwań tej istoty? Przecież dorównuje siłą czarnym aniołom, a może i nawet je przewyższa, ze względu na swoje pochodzenie. To podejrzane, nie uważasz?
Inga wzruszyła ramionami.
- Czy ja wiem? Może ci „ważni” stwierdzili, że ja jestem dużo gorsza od jakiegoś tam demona i nie chcieli go zbytnio obciążać – powiedziała, uśmiechając się krzywo.
- Albo zrobili to świadomie, bo domniemane plany Lucyfera wobec ciebie, dotyczą również Marca – dodała Tova w zadumie.
- Chyba dotyczyły – sprecyzowała dziewczyna. – Jeśli dobrze rozumujemy, a mam nadzieję, że tak jest, to z planów Lucyfera nici. Marco odszedł, więc do niego już się mu nie przydam.
- Pewnie tak – przytaknęła Tova, ale jej zatroskane spojrzenie mówiło coś zupełnie innego.

Noc spędziła w Lipowej Alei; powrót do domu w stanie wskazującym wywołałby oburzenie, czego, biorąc pod uwagę przewrażliwienie rodziców, zdecydowanie chciała uniknąć. Zresztą Tova nigdy by się na to nie zgodziła, bez pytania przygotowała posłanie w pokoju na poddaszu i wysłała Ingę do łóżka.
To była bardzo ciężka noc; natrętny szum w głowie nie pozwalał dziewczynie zasnąć, a jakby tego było mało, odnosiła wrażenie, że nie jest w pokoju sama. Bez przerwy słyszała jakieś postukiwania i ciche kroki na skrzypiących deskach podłogi, a na skórze czuła przyprawiające o dreszcze powiewy chłodnego powietrza. Oczywiście dom był stary, a okna nieszczelne, więc te zjawiska nie były wcale takie dziwne, jednak kiedy tuż przy uchu Ingi rozległ się cichy śmiech, potwierdziły się jej podejrzenia – któremuś z duchów Ludzi Lodu najwyraźniej się nudziło i postanowił sobie z niej zażartować.
Szybko przegoniła intruza, wrzeszcząc na całe gardło, żeby dał jej spać. Obudziła przy tym cały dom; zaniepokojona Tova zaraz przybiegła zobaczyć, co się dzieje, ale w końcu zostawiono ją w spokoju.
Do rana.
Była szósta godzina, kiedy obudziło ją przenikliwe zimno, wpadające przez otwarte na całą szerokość okno. Pierzyna, którą była opatulona, zwisała radośnie z lampy, trzepocąc na wietrze, a na zakurzonym lustrze toaletki widniał napis: „Życzymy przyjemnego poranka”.
Nie przypuszczała, że duchy się obrażą za te wszystkie przekleństwa, jakimi je poczęstowała…
Mimo niewyspania i lekkiego kaca, dzień zapowiadał się dużo lepiej niż poprzedni. Na niebie ponownie zagościło słońce, przeganiając deszczowe chmury i świat odzyskał swe właściwe barwy.
Indze wcale się nie spieszyło wracać do pustego domu, więc Tova dała jej jakieś nudne zajęcie, które bardzo szybko porzuciła na rzecz kronik Ludzi Lodu, które „przypadkiem” znalazła w szafie. Nie czytała wszystkiego, to by jej zajęło wieki, wybrała tylko te najbardziej interesujące historie, jednak nie dowiedziała się niczego nowego; saga została wiernie odwzorowana na kronikach.
Nie przeszkodziło to jednak Indze pożyczyć ksiąg, kiedy późnym popołudniem, Tova odwoziła ją do Bærums Verk; historia z perspektywy opowiadającego, brzmiała zupełnie inaczej.
Ledwie udało jej się wysiąść z samochodu, a już dotarł do niej zjadliwy głos przyjaciółki, stojącej przed frontowymi drzwiami:
- Miałaś zamiar mnie unikać przez resztę życia?
- Jasne – mruknęła cicho, powstrzymując grymas niezadowolenia. Pomachała odjeżdżającej ciotce i weszła do ogrodu.
- Dobijam się do ciebie od trzech dni! – wyrzucała jej Susanne. – Nie chciałaś ze mną gadać, to trzeba było chociaż dać znać, że żyjesz. Dlaczego, do cholery, do mnie nie zadzwoniłaś?!
Inga zatrzymała się tuż się przed nią, poprawiając opasłe tomy, które trzymała. Przez chwilę patrzyła na przyjaciółkę niezdecydowana, ale w końcu powiedziała z żalem:
- Marco odszedł.
- No i? Zazwyczaj tak robi, przecież nie może cię niańczyć przez całą dobę.
- Nie rozumiesz, on odszedł na zawsze.
Susanne wytrzeszczyła oczy.
- Umarł? – zapytała wstrząśnięta. – Ale jak? Przecież był nieśmiertelny, nie?
Inga potrząsnęła głową.
- Nie, on… – urwała, zdając sobie sprawę, że jej zwięzła odpowiedź Susanne nie wystarczy, i tak będzie musiała opowiedzieć jej wszystko. – To długa historia. Poczekaj, tylko zaniosę książki do domu i powiem rodzicom, że wróciłam.
Ravi i Alise już na nią czekali, oboje z poważnymi minami, które nieco złagodniały, kiedy zobaczyli, że córka nie jest sama. Obecność Susanne jednak nie przeszkodziła im w wygłoszeniu długiego kazania na temat nieodpowiedzialności, być może dlatego, że dziewczyna gorliwie przytakiwała każdemu ich słowu, całkowicie się z nimi zgadzając.
- Dlaczego nie zadzwoniłaś, że jedziesz do Tovy? – zapytał Ravi z wyrzutem. – Nawet nie masz pojęcia, jak się martwiliśmy!
- No i po co? Jak widać żyję i mam się świetnie, tak? – powiedziała, odkładając książki na stolik. – Jakbyście sobie nie ubzdurali, że chcę się zabić, nie musielibyście się martwić! Myślicie, że ja jestem nienormalna?
Ze strony Susanne dobiegło ciche prychnięcie.
- Oczywiście, że nie – zaprzeczyła Alise łagodnie, szturchając Raviego, który energicznie kiwał głową. – Uspokój się – mruknęła, rzucając mu groźne spojrzenie, po czym zwróciła się do córki: – Po prostu następnym razem nie znikaj bez słowa, dobrze? Twój ojciec dostał prawdziwej histerii, przez co był dużo bardziej irytujący niż zazwyczaj – mrugnęła, z rozbawieniem.
Inga zachichotała, widząc oburzoną minę Raviego.
- Postaram się o tym pamiętać.
Z rodzicami miała o tyle dobrze, że bardzo szybko wybaczali jej błędy, a przynajmniej te drobne. Chociaż… Nie, nie przypominała sobie, by kiedykolwiek dostała jakąś karę za swoje wybryki, nawet te poważne. Miała prawdziwe szczęście, że Ravi i Alise tyle potrafili znieść, bo przecież już jako dziecko była niczym mały diabeł, zupełnie nie do okiełznania.
Szybko uściskała matkę i ojca, co nie zdarzało się jej zbyt często i razem z Susanne wyszły przed dom.
Przyjaciółka z niecierpliwością czekała, aż Inga jej wszystko opowie.
- No? Więc co się stało? – zapytała ponaglająco, kiedy ruszyły w dół ulicy. – Marco… Boże, on naprawdę odszedł? Ale w jaki sposób?
Inga przytaknęła, ledwie zauważalnie.
- Pamiętasz, jak ci opowiadałam o czarnoksiężniku? On i jego rodzina, odnaleźli Wrota do świata Obcych, ale Móri i jego syn, Dolg, nie zdołali przejść na drugą stronę.
- Tak, wiem – powiedziała Susanne. – Jechaliście na Islandię szukać Dolga. I co?
- Znaleźliśmy go – oświadczyła z lekkim uśmiechem. – To niezwykły mężczyzna o pięknych czarnych oczach. Cały ten czas przebywał w krainie elfów, wyobrażasz to sobie?
Susanne niepewnie spojrzała na przyjaciółkę. Wiele potrafiła zaakceptować, zresztą miała obok siebie żywy dowód na istnienie świata pozazmysłowego, ale człowiek mieszkający u elfów wykraczał poza granice jej wyobraźni.
- Raczej nie – mruknęła. – Twój świat robi coraz bardziej dziwny, wiesz? Oczywiście wierzę w to, co mówisz, ale zaczyna mnie to przerastać. Tengel Zły był prawie normalny w porównaniu z tym, co się dzieje teraz.
- To jeszcze nie wszystko – uprzedziła ją Inga. – Te Wrota do innego świata… Okazało się, że są również na Islandii. Móri Dolg zamierzali je odnaleźć i dołączyć do swej rodziny.
Susanne zmarszczyła czoło, słysząc nutkę smutku w głosie Ingi.
- To chyba dobrze, nie?
- Niby tak, ale… – zrobiła krótką pauzę na głęboki oddech – … Marco postanowił im towarzyszyć.
- Och, tak mi przykro – powiedziała Susanne ze współczuciem. – Więc on już nigdy nie wróci?
- Nie, to droga w jedną stronę – odparła Inga z żalem. – Obcy pilnie strzegą informacji o swoim świecie, by nie dostał się tam ktoś niepożądany.
Susanne z wahaniem spojrzała na przyjaciółkę.
- Wiesz, właściwie to umówiłam się z chłopakami, że przyjdziemy do parku, ale teraz…
- To świetny pomysł – przerwała jej szybko. – Nie mogę się nad sobą użalać do końca życia. To trochę męczące – dodała już uśmiechnięta.
Susanne w duchu odetchnęła z ulgą. Nie była dobra w pocieszaniu, Inga nigdy wcześniej tego nie potrzebowała, więc dobrze, że mogła tego uniknąć.
W drodze do parku Inga w skrócie opowiedziała jej o podróży i swoich podejrzeniach, co do Lucyfera i jego planów. To zainteresowało przyjaciółkę znacznie bardziej niż podejrzewała, a teoria jakoby Marco miał być w tych planach uwzględniony, zaowocowała tak śmiałym założeniem, że Inga zatkała uszy byleby nie usłyszeć nic więcej.
Bez trudu odnalazły przyjaciół; siedzieli na dwóch ławkach, niedaleko schodów, wszyscy, łącznie z Laną i Paulą, co Inga przyjęła z nieskrywaną niechęcią.
Lana zaś wręcz przeciwnie, wydawała się ucieszona jej widokiem, co powinno Ingę zastanowić, ale wściekłe przekleństwa dobiegające z głębi parku, były zdecydowanie bardziej interesujące.
- Co to za hałasy? – zapytała, zaraz po powitaniu. – Ktoś kogoś morduje?
- Taa – mruknął Hans od niechcenia. – Paul Lukasa. A może odwrotnie? Nie wiem… To idioci, nie przejmuj się.
- Kłócą się o wczorajszy mecz – dodał Mikael, poirytowany. – Już nie możemy tego słuchać.
- Mecz? – prychnęła z politowaniem. – Chcą się pozabijać o mecz?
- Według Paula przegraliśmy, bo Lukas cały czas patrzył na Lanę, zamiast skupić się na piłce – wtrąciła Susanne. – Chcesz piwo?
Inga zerknęła na dużą torbę pełną puszek, stojącą pod ławką i pokręciła przecząco głową.
- Ja chcę – odezwała się Lana ze słodkim uśmiechem. – Możesz mi podać?
- Rąk nie masz? – warknęła Susanne, ale wyciągnęła puszkę i cisnęła w stronę siedzącej na przeciw blondynki z taką siłą, że ta omal nie dostała w twarz. – To niechcący – mruknęła w odpowiedzi na jej oburzoną minę.
Inga stłumiła śmiech i przycupnęła obok Mikaela. Niezabezpieczona ławka zakołysała się pod jej ciężarem.
- Fajnie, co nie? – wyszczerzył się Hans, widząc zaskoczenie w jej oczach. – Tylko nie opieraj się za bardzo, bo lubi się przewracać.
- Ci idioci zwinęli ją spod sklepu – powiedziała Susanne, otwierając piwo. – Gdybyś tylko widziała, jak się namęczyli, żeby ją tu przytaszczyć! Istny cyrk. Szkoda, że cię tu nie było, użyłabyś swoich super mocy, żeby im pomóc.
Inga zamarła, rzucając przyjaciółce ostrzegające spojrzenie, ta jednak tylko uśmiechała się beztrosko, nie widząc nic złego w tym, co powiedziała. Nie wyglądało na to, by ktoś wziął jej słowa na poważnie, ale Inga nagle zaczęła żałować, że chciała tutaj przyjść. Nie sądziła, że Susanne ją wyda, przynajmniej nie naumyślnie, ale po alkoholu całkowicie traciła kontrolę nad językiem, co mogło mieć swoje konsekwencje.
- Ktoś powinien sprawdzić, co się dzieje z chłopakami – szybko zmieniła temat. – Jakoś cicho się tam zrobiło.
- Rzeczywiście – podchwycił Hans. – Może się nawzajem pozabijali.
- Założę się, że Paul znokautował Lukasa i teraz go reanimuje – uśmiechnął się Mikael. – Ma łapę jak niedźwiedź.
Nikt nie przejawiał szczególnej ochoty, by poszukać chłopców, więc Inga stwierdziła, że pójdzie sama. Nie żeby się przejmowała ich losem, ale to pozwoli jej choć na chwilę pozbyć się myśli, że jej tajemnica jest zagrożona.
- Pójdę z tobą – zaoferowała się nieoczekiwanie Lana. – Możesz potrzebować pomocy.
- Jakby cię to obchodziło – mruknęła Inga pod nosem i nie czekając weszła między drzewa, skąd, jak się jej wydawało, wcześniej dobiegały gniewne przekleństwa.
Szły w ciszy, nie odzywając się ani słowem. Zresztą Inga nie miała ochoty na żadne pogaduszki z Laną, nie wiedziała nawet o czym miałaby z nią rozmawiać. Nie przypuszczała, by Lana miała jakieś inne zainteresowania, poza swoją wspaniałą osobą.
Choć słońce jeszcze nie zdążyło się schować za nieboskłonem, ale gęste korony drzew tłumiły jego promienie, przez co park wydawał się mroczny i nieprzyjazny. Indze zupełnie to nie przeszkadzało, ale Lana z dziwną nerwowością rozglądała się na wszystkie strony, jakby obawiała się, że nagle z krzaków wyskoczy dziki zwierz i ją pożre.
- Nie ma ich tutaj – odezwała się w końcu, przystając. – Musieli wrócić inną drogą.
Inga również się zatrzymała i spojrzała na dziewczynę.
- Myślisz, że się minęliśmy?
- Ten park jest ogromny. – Lana wzruszyła ramionami. – Pewnie już zdążyli dotrzeć do pozostałych, kiedy przedzierałyśmy się przez te chaszcze. Ty i te twoje pomysły – prychnęła zniesmaczona, oglądając swe białe sandałki, teraz przybrudzone od wilgotnej trawy.
- Nikt ci nie kazał ze mną iść – warknęła Inga ze złością.
Odwróciła się, aby odejść, ale Lana nagle pojawiła się tuż przed nią.
- A jak inaczej miałam zrobić to? – zapytała z triumfem, i nim Inga zdążyła zrozumieć, co się dzieje, zerwała jej z szyi alraunę i rzuciła się do ucieczki.
Inga była tak zaskoczona, że dopiero po chwili ruszyła jej śladem, co zdecydowanie dało Lanie przewagę.
Pędziła jakby ją sam diabeł gonił, co właściwie było trafnym porównaniem, Inga wprost kipiała z wściekłości, przysięgając sobie, że Lana zginie w męczarniach, jak tylko uda się jej ją dogonić.
Gdyby chociaż mogła użyć swych mocy!
Niestety, w tym wypadku było to zbyt ryzykowne; zanim odzyska amulet, demon może zdążyć ją namierzyć.
Wciąż widziała przed sobą jasną sylwetkę Lany, ale natura zdawała się być przeciwko niej; ostre gałązki krzaków zahaczały o jej ubranie, co spowalniało pościg, a kiedy usiłowała pozbyć się szczególnie natrętnego badyla, Lana zniknęła jej z oczu.
Klnąc na czym świat stoi, w końcu dotarła z powrotem do przyjaciół, którzy z zaskoczeniem patrzyli, jak zgięta pół, usiłuje złapać oddech.
Susanne wstała pośpiesznie i podeszła do Ingi. Dziki błysk w jej oczach, który dostrzegła, nie wróżył niczego dobrego.
- Na Boga, co ci się stało?
- Gdzie ona jest? – warknęła w odpowiedzi. – Zabiję tą sukę!
- Kogo? Lanę? – zapytał Hans z uniesionymi brwiami. – Nie ma jej tutaj. Co znowu zrobiła?
Inga spojrzała na przyjaciółkę, która na wszelki wypadek trzymała jej ramię w żelaznym uścisku i ledwie nad sobą panując, powiedziała:
- Zerwała mi alraunę.
Susanne pobladła, nieświadomie wzmacniając uścisk.
- Cholera jasna, to fatalnie. Co jej strzeliło do tej pustej głowy? I co teraz?
- Hej, o czym ty w ogóle mówisz? – zawołał Mikael, nie pojmując dziwnego zachowania dziewcząt. – Alaune? Alune? Co to do cholery jest?
Inga zignorowała go i uwolniła się od przyjaciółki.
- Muszę ją znaleźć, zanim to coś znajdzie mnie.
- Ale dlaczego to zrobiła? – zastanawiała się Susanne cicho.
- A skąd ja mam to wiedzieć? – parsknęła, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Boże, że też musiało jej się to przytrafić teraz! Niech tylko dorwie Lanę w swoje ręce!
- Ingo. – Mikael wskazał na coś za jej plecami.
Odwróciła się gwałtownie.
Lana stała między drzewami i uśmiechała się drwiąco, od niechcenia machając owiniętym wokół dłoni amuletem.
- Oddawaj to – wysyczała Inga przez zaciśnięte zęby.
Blondynka roześmiała się szyderczo.
- Już ci się do niczego nie przyda. Zostawię go sobie na pamiątkę.
- Nie masz pojęcia nawet pojęcia, na jakie niebezpieczeństwo nas naraziłaś, kretynko – wrzasnęła i ruszyła w jej stronę, ale zaraz przystanęła, widząc, że Lana zaczyna się cofać.
- Wiem więcej niż ci się wydaje – odkrzyknęła, najwyraźniej świetnie się bawiąc. – Jesteś teraz bezbronna, prawda? Całkowicie pozbawiona ochrony? Cóż za nieszczęście!
Inga zacisnęła pięści.
- Moja cierpliwość się kończy – powiedziała cicho do Susanne. – Zabierz stąd chłopaków, nie chcę was narażać.
- Nie możesz tego zrobić – sprzeciwiła się twardo. – Lana stoi za daleko, nie zdążyć jej odebrać wisiorka, zanim….
- Właśnie dlatego musicie stąd odejść. Nie wiem, co się stanie, kiedy demon zdąży mnie wyczuć, nim odzyskam amulet, ale to nie będzie przyjemne. Idźcie!
- Ale…
- Żadnych ale! – zdenerwowała się. – Nie słyszałaś, co ona powiedziała? To było celowe, Lana doskonale wie, co się może teraz wydarzyć! Jazda stąd!
Paula, którą Lana częściowo wprowadziła w przebiegły plan Naamy, nie zauważona przez nikogo, próbowała uciec z parku, nim stanie się coś złego. Oczywiście nie wierzyła w te wszystkie brednie, jakie jej opowiadała przyjaciółka, ale na wszelki wypadek wolała jednak znaleźć się jak najdalej od tego miejsca.
Była już w połowie schodów, kiedy na ich szycie zobaczyła piękną kobietę, przyodzianą w zwiewne szaty. Jej czarne włosy falowały na wietrze, a bursztynowe oczy o kocich źrenicach, zupełnie nie podobne do oczu człowieka, wpatrywały się w Paulę z wyższością.
Cała postać kobiety zdawała się emanować tak ogromną wrogością, że Paulę momentalnie ogarnął paraliżujący strach. Nagle uświadomiła sobie, że Lana mówiła prawdę. Z jej piersi wyrwał się niekontrolowany okrzyk przerażenia, przyciągając uwagę pozostałych.
Inga, jeszcze dobrze nie zdołała przyjrzeć się tej istocie, a już wiedziała z kim ma do czynienia. Moc kobiety uderzyła w nią z taką siłą, że aż się zatoczyła. Z trudem łapała oddech, nie potrafiąc sobie poradzić z czystym złem, które gwałtownie wydzierało jej duszę.
Reszta przyjaciół zdawała się nie dostrzegać w kobiecie niczego groźnego; Hans i Mikael byli nią wyraźnie zafascynowani, czego nawet nie starali się ukryć, a Susanne tylko zastanawiająco unosiła brwi na niezrozumiałą reakcję Pauli, wobec nieznajomej.
Lana w końcu oważyła się podejść bliżej; osiągnęła swój cel i jej zadanie było zakończone, teraz pozostawało jej tylko czekać, aż Naama załatwi resztę. Zupełnie nie przejmowała się, że przez nią zaraz ktoś zginie, o czym wyraźnie świadczył zadowolony uśmieszek błąkający się na jej wargach. Tylko dlaczego ta idiotka, tak przeraźliwie wrzeszczy?
Satysfakcja Lany nie trwała długo.
Zobaczyli, jak kobieta wyciąga dłoń, a iskry, które nagle wystrzeliły z jej palców, trafiają Paulę prosto w pierś.
Jej krzyk momentalnie się urwał, dziewczyna się zachwiała, po czym bezwładnie runęła w dół.
Oniemiali obserwowali, jak toczy się po schodach, niczym szmaciana lalka i w końcu zatrzymuje się u ich podnóża bez życia.
Inga, choć w wielkim szoku, nie czekała na kolejny ruch demona. Oczywiście dobrze byłoby się dowiedzieć, dlaczego tak bardzo pragnie jej śmierci, ale w tej sytuacji nie było do zbyt istotne. Tak samo jak fakt, że nie ma żadnych szans wyjść z tego starcia zwycięsko.
- Zabierz ich stąd! – wrzasnęła do Susanne i nie patrząc, czy przyjaciółka spełni jej polecenie, przywołała ognistą kulę i cisnęła nią w kobietę.
Park rozświetliły tysiące iskier, kiedy zaklęcie trafiło w demona, nie czyniąc jej przy tym większej krzywdy. Nie zamierzała się jednak poddać, jedno po drugim, posyłała w kobietę kolejne zaklęcia, wszystkie które nagle przychodziły jej do głowy.
Demony są nieśmiertelne, ale miała chociaż nadzieję ją osłabić na tyle, by jej przyjaciele zdążyli uciec w bezpieczne miejsce.
Szybko zerknęła w tył, by sprawdzić, czy Susanne zabrała stąd resztę, czego oczywiście nie zrobiła.
To był błąd.
Piękna demonica, już nieźle poirytowana, że tyle czasu traci na osłabiane zaklęć tej przeklętej wiedźmy z Ludzi Lodu, dostrzegła w tym swoją szansę. Oczywiście byłoby dużo zabawniej, gdyby mogła trochę poznęcać, się nad tą przeklętą dziewczyną i dogłębnie jej uświadomić, jak bardzo jej nienawidzi, ale istniała obawa, że w każdej chwili może pojawić się, któryś z czarnych aniołów i zniweczyć jej starannie obmyśloną zemstę.
W końcu dostrzegła soją szansę, dziewczyna odwróciła się, na moment tracąc koncentrację i wtedy posłała w jej stronę ogromną dawkę mocy, której żaden śmiertelnik nie był w stanie przeżyć.
Inga popatrzyła na demona, akurat w momencie, kiedy jej ciało przeszył olbrzymi ból. Poczuła jak jej stopy odrywają się od ziemi, a ona sama leci do tyłu z niesamowitą prędkością.
W ostatniej chwili zdążyła jeszcze pomyśleć imię Arakiela, nim pochłonęła ją ciemność.

Rozdział 13 – Pożegnanie

Wiem, wiem, miało być w w tamten weekend, ale wszyscy się sprzysięgli przeciwko mnie i co zabierałam się za pisanie, to ktoś czegoś od mnie chciał. Następny rozdział będzie szybciej, mam nadzieję:)

Dolg przespał dwie noce i dzień pomiędzy nimi, a kiedy wstał z łóżka nie był już elfem, a w każdym razie nie tak bardzo. Nadal sprawiał wrażenie nieco astralnego, ale to był wynik bezpośredniego przebywania w pobliżu Świętego Słońca i dwóch kamieni Lemurów.
W końcu mogli jechać do Reykjaviku. Bilety, które zakupili jeszcze w Norwegii, były ważne dopiero za kilka dni, ale dopisało im szczęście. Ktoś oddał pięć biletów na samolot odlatujący następnego ranka. Dwa z nich wzięli Nataniel i Ellen; musieli jak najszybciej wracać do domu. Tova, która zajmowała się domem pod ich nieobecność, zadzwoniła z nieoczekiwaną wiadomością: ich synowa doszła do wniosku, że najwyższy czas, by teraz dziadkowie zajęli się wnuczką. Nie był to żaden wyraz nagłego miłosierdzia z jej strony, bo oboje wielokrotnie wyrażali chęć widywania dziewczynki, choć zawsze spotykali się z odmową. Po prostu nowy chłopak ich synowej nie mógł znieść widoku oszpeconej bliznami buzi małej Sassy, więc nagle zmieniła zdanie.
Gabriel również postanowił skorzystać z okazji i lecieć z nimi. Teraz, kiedy Móri odnalazł swojego syna, nie był już potrzebny. Czwarty bilet wzięła Indra, a ostatni Miranda wspaniałomyślnie oddała Indze. W tajemnicy wyznała jej, że ma zamiar towarzyszyć Marcowi, Móriemu i Dolgowi na drugą stronę. Addi w końcu odpuścił i zgodził się zawieźć ich do Kverkfjöll.
Lotnisko nie było szczególnie zatłoczone; stąd najczęściej odchodziły loty krajowe oraz te na Grenlandię i Wyspy Owcze, międzynarodowe trafiały się nadzwyczaj rzadko; do tych celów przeznaczone było lotnisko w Keflaviku.
Pożegnaniu towarzyszyła ponura atmosfera, a przynajmniej Inga tak to odczuwała. Chwila rozstania zbliżała się nieuchronnie, a nadzieja, ze Marco jeszcze zmieni zadnie malała z każdą minutą. Starała się nie dopuszczać do siebie myśli, że widzi go po raz ostatni; to było zbyt trudne do zniesienia.
Kiedy Nataniel oznajmił, że zostało im już niewiele czasu do odlotu, przylgnęła do Marca, chowając twarz w jego piersi, by ukryć łzy, które nagle wypełniły jej oczy.
Tego się nie spodziewała, pożegnanie miało być krótkie i całkowicie pozbawione wzruszeń, a ona się rozkleja jak w tanim romansidle! Nagle, nie wiedzieć czemu, przed jej oczami przewinęły się sceny rozstań, które zapamiętała z komedii romantycznych (do których obejrzenia zmusiła ją Susanne). Wedle scenariusza, teraz powinna się odsunąć od Marca i, rzucając mu ostatnie przepełnione tęsknotą spojrzenie, odejść bez słowa.
Zła na siebie, że w takiej chwili myśli o głupotach, otrząsnęła się akurat w momencie, kiedy Marco delikatnie wyswobodził się z jej objęć. Rozmazana plama, którą ujrzała zamiast jego przystojnej twarzy, zdecydowanie nie była tym, co chciała zapamiętać z ich ostatniego spotkania. Szybko otarła łzy rękawem kurtki.
Reszta Ludzi Lodu wraz z Mórim i Dolgiem, usunęła się na bok, dając im chwilę prywatności. Młody czarnoksiężnik ze zdziwieniem obserwował wszystkie nowości tego świata, których nie znał ze swoich czasów, a z którymi teraz przyszło mu się zmierzyć.
Oczywiście ich mała grupa wzbudzała spore zainteresowanie, w szczególności ze względu na Marca i Dolga. Kobiety pożerały ich wzrokiem zupełnie się z tym nie kryjąc, kilku panów również sprawiało wrażenie chętnych do zawarcia bliższej znajomości z jednym lub drugim, a najlepiej z oboma.
Sami zainteresowani zdawali się zupełnie tego nie dostrzegać. Zresztą Inga wątpiła, by niewinnemu Dolgowi choć przyszło do głowy, że ktoś mógł myśleć o nim w takich kategoriach, Marca zaś znała na tyle, by wiedzieć, że przyjmował takie sytuacje z typowym dla siebie spokojem, zupełnie nie zwracając na nie uwagi.
Inga podniosła głowę i napotkała jego przepraszające spojrzenie.
- Będę za tobą tęsknić – powiedziała cicho.
- Ja za tobą również – odparł ze smutnym uśmiechem. – To było kilka wyjątkowych tygodni i naprawdę żałuję, że nie będzie ich więcej. Jesteś wspaniałą przyjaciółką.
- Nawet kiedy pakuję się w każde napotkane bagno z którego musisz mnie potem wyciągać?
- Nawet wtedy. Chciałbym jednak, żebyś teraz była ostrożniejsza. Do tej pory ze wszystkich kłopotów wychodziłaś obronną ręką, ale to nie będzie trwało wiecznie. Obiecaj mi, że będziesz na siebie uważała.
Przez twarz Ingi przebiegł cień zawahania.
- Obiecuję, że będę się starać – rzekła poważnie.
- Obawiam się, że to trochę za mało, zwłaszcza, że wciąż grozi ci niebezpieczeństwo.
- Marco, nie mogę ci obiecać czegoś, czego nie będę potrafiła dotrzymać. Radziłam sobie przez siedemnaście lat, więc i teraz sobie poradzę – dodała z pewnością w głosie. – Nie chcę, żebyś się o mnie martwił.
Marco przez chwilę patrzył na nią bez słowa, pragnąc podzielać jej przekonanie.
- Więc żyj tak, bym nie musiał – powiedział w końcu. – Pohamuj swoje emocje, zacznij się kierować rozsądkiem, żeby nie dopuścić do żadnych nieprzyjemnych sytuacji. Szczególnie do czasu, nim Arakiel unicestwi tę istotę.
- A jeśli mu się to nie uda? – zapytała cierpko. – Nie mogę przez całe życie oglądać się przez ramię z obawą, że ktoś będzie chciał mnie zabić.
- Arakiel w końcu wpadnie na jej trop, gwarantuję ci to – uspokoił ją. – Jest twoim dziadkiem i zależy mu na tym tak samo, jak tobie. Jeśli będziesz miała jakieś poważne kłopoty, nie wahaj się z nim skontaktować. A z tymi drobniejszymi możesz zwrócić się do Nataniela lub Tovy, oni ci pomogą.
Inga kiwała głową potakująco, myśląc o tym, jak bardzo będzie jej Marca brakować. Jego uśmiechu. Pełnego zrozumienia spojrzenia. A nawet tej denerwującej nadopiekuńczości.
W końcu z głośników popłynęła informacja, że pasażerowie są proszeni na pokład. Ludzie Lodu pożegnali się ciepło z Markiem, Mórim i Dolgiem, życząc im szczęścia w poszukiwaniu Wrót. Miranda miała wrócić do Norwegii za kilka dni; nikt poza Ingą jeszcze nie wiedział, że dziewczyna wcale nie ma takiego zamiaru.
Lot powrotny trwał krótko, Inga z tęsknotą patrzyła na niknącą w oddali wyspę, obiecując sobie, że kiedyś tam wróci.
Ravi i Alise ledwie poznawali córkę. Kiedy już opowiedziała im co się wydarzyło na Islandii, głosem całkowicie wypranym z emocji, zamknęła się w sobie. Przez resztę dnia snuła się po domu niczym duch, nie potrafiąc znaleźć sobie miejsca. Jeszcze nigdy nie widzieli jej tak nieszczęśliwej i przygnębionej. Zupełnie jakby wraz z odejściem Marca straciła całą radość życia.
Oni również z bólem przyjęli tę wiadomość, Marco był sympatycznym i życzliwym człowiekiem, a co najważniejsze, wydawało im się, że ma dobry wpływ na Ingę. Podczas pobytu na Islandii zachowywała się nienagannie, zupełnie jak nie ona. Nie licząc tego epizodu z Bodil, ale po tym wszystkim, co wyczyniała w miasteczku, było to dość niewinne zagranie. Co się z nią stanie, teraz, kiedy Marca zabrakło? Pełni obaw, czekali co przyniosą kolejne dni.
A złe moce już rozstawiły swe sidła.
Pozostawało tylko poczekać na ofiarę…

Kilka dni wcześniej…

Ponętna blondynka z gracją siedziała na wysokim barowym krześle i od niechcenia przyglądała się swym starannie pomalowanym paznokciom. Jej krótka spódniczka idealnie podkreślała długie, opalone nogi, a głęboki dekolt obcisłej bluzeczki niewiele pozostawiał wyobraźni. To przyciągało spojrzenia, a Lana wprost uwielbiała pławić się w podziwie dla swej wspaniałej urody.
Dziś jednak, zainteresowanie mężczyzn nie sprawiało jej szczególnej przyjemności. Karczma Joego nie była miejscem dla młodej, światowej kobiety, i to, że musiała postawić tutaj swą zgrabną stópkę, zdecydowanie uwłaczało jej godności.
W sobotnie wieczory, takie jak ten, gospoda pełna była okolicznych mieszkańców, szukających wytchnienia nad kuflem zimnego piwa. Podstarzali i całkowicie nieciekawi mężczyźni, zajmowali każdy wolny stolik, a ich głośne, tubalne śmiechy, raniły delikatne uszy Lany.
Najgorszy jednak był ten zapach, lepka woń starego potu przemieszana z papierosowym dymem, owijająca się wokół niej niczym kokon, ledwie pozwalająca złapać oddech. Zrobiła co mogła, by zneutralizować ten fetor; rozpyliła wokół siebie słodkie perfumy, narażając się przy tym na gniewne spojrzenie barmana, jednak niewiele to pomogło. Przy każdym wdechu jej wrażliwy żołądek protestował przeciw takim torturom.
I to wszystko z powodu jednego faceta!
Dyskretnie zerknęła w prawo, gdzie przy czteroosobowym stoliku, siedział jej przyszły ukochany, by po raz kolejny się upewnić, czy aby na pewno jest wart takiego cierpienia.
Tak, zdecydowanie mogła się poświęcić, by zdobyć jego serce. Co oczywiście już się stało, kiedy po raz pierwszy zaaranżowała przypadkowe „spotkanie”. Chłopak od pierwszego wejrzenia zakochał się w niej na zabój, nie mogło być inaczej, ale był zbyt nieśmiały, aby wyznać swoje uczucia. Dlatego musiała mu w tym pomóc, nie mogła przecież przegapić takiej szansy.
Sverre Hansen był idealnym kandydatem na jej ukochanego. Wysoki, przystojny brunet o pięknych kasztanowych oczach i sylwetce atlety. Nie mógł się oczywiście równać z niesamowitym Makiem, ale ten wyjechał z tą żółtooką paskudą, czego zapewne teraz żałował, umierając z tęsknoty za piękną Laną. Może kiedyś mu to wybaczy, najpierw jednak pozwoli się porozpieszczać Sverremu.
Przyjechał tutaj na letnie wakacje do ciotki, starej Vargasowej, świeżo po studiach medycznych. Był bogaty, ale to bardzo dobrze. Lana miała duże wymagania, nie tylko w kwestii garderoby – kupowała ubrania wyłącznie od znanych projektantów, ale również w doborze lokalów, gdzie lubiła się pokazywać i gdzie przychodzili wyłącznie ludzie z wyższych kręgów. Będzie musiała wybić Sverremu z głowy odwiedzanie takich spelun, jak ta karczma i nauczyć go, że kuzyni-wieśniacy, nie są odpowiednim towarzystwem dla kogoś jego pokroju.
Lana westchnęła cicho, na samą myśl ile pracy ją czeka, by jej ukochany stał się wymarzonym ideałem i skinęła na barmana prosząc, (a właściwie żądając, Lana nigdy o nic nie prosiła), o kolejnego drinka. Oczekiwanie strasznie się jej dłużyło; Sverre posyłał ku niej nieśmiałe, zakochane spojrzenia, ale nie odważył się podejść. Chyba będzie musiała wziąć sprawy w swoje ręce, oczywiście dyskretnie, tak by wyglądało, że inicjatywa wyszła od niego.
Szybko wypiła drinka, gotowa wprowadzić swoje myśli w czyn, kiedy zdała sobie sprawę, że dzieje się coś dziwnego.
W karczmie nagle pociemniało, sala stała się jakby mniejsza, bardziej intymna, a zarazem nieprzyjemna. Nastała nienaturalna cisza, jakby tym wszystkim, zadowolonym z życia ludziom, nagle odebrało mowę i całkowicie pozbawiono ich wolnej woli. Siedzieli bez ruchu, z pełnymi uwielbienia wyrazami twarzy i jak zahipnotyzowani wpatrywali się w coś za plecami Lany.
Blondynka odwróciła się, by zobaczyć, co wywołało tą nagłą zmianę atmosfery i poczuła jak ogarnia ją niepohamowana, paląca zazdrość.
W progu stała wysoka, niewypowiedziane piękna istota. Wpadające przez drzwi ostatnie promienie zachodzącego słońca rzucały światło jej wątłą sylwetkę, sprawiając, że cała iskrzyła w mrocznym wnętrzu gospody. Przyodziana była w czarne, sięgające ziemi drapowane szaty, przypominające zwiewną jedwabną chustę. Miała miłą, łagodną i bardzo kobiecą twarz, ale kiedy Lana napotkała spojrzenie bursztynowych oczu istoty, przez jej ciało przebiegł zimny dreszcz strachu.
Kiedy kobieta w końcu weszła do środka, wszystko wróciło na swoje miejsce, jakby ktoś wcisnął przycisk odtwarzania. Mrok zastąpiło światło, karczmę ponownie zalała kakofonia dźwięków, a mężczyźni odzyskali zdolność ruchu. Ich oczy wciąż jednak raz po raz spoglądały w stronę nieznajomej, która sunęła w kierunku baru, zdając się przy tym ledwie dotykać podłogi.
Lana również w końcu się ocknęła. Odwróciła się z powrotem i nieufnie popatrzyła na kolejnego drinka, którego postawił przed nią barman. Co to za przedziwna sytuacja miała miejsce przed chwilą? Miała omamy wywołane alkoholem, czy po prostu…?
Poczuła kolejny dreszcz, gdy kobieta usiadła tuż obok niej. Barman zaraz postawił przed nią dymiący niebieski trunek, chociaż nie powiedziała ani słowa.
Lana miała ochotę uciec jak najdalej od nieznajomej, jej instynkt samozachowawczy wprost krzyczał, ostrzegając przed niebezpieczeństwem. Jej pewność siebie została zachwiana, nie miała złudzeń, że kobieta bije ją na głowę w kwestii urody.
Zerknęła na Sverrego, szukając potwierdzenia, że nadal wzbudza pożądanie, mimo pojawienia się rywalki. Ten jednak, jak i cała reszta mężczyzn, patrzył wyłącznie na nieznajomą. Zupełnie jakby Lana nagle stała się niewidzialna.
Z trudem powstrzymała łzy rozpaczy. Ona, od najmłodszych lat podziwiania przez wszystkich i zapewniana o swej wspaniałości, teraz, w jednym momencie, straciła zainteresowanie ogółu na rzecz tej wywłoki. Czuła się wściekła i upokorzona, miała ochotę wykrzyczeć tym wszystkim durniom, że to ona jest najpopularniejszą dziewczyną okręgu Akershus i to jej należy się cała uwaga, a nie jakiejś dziwce, która pojawiła się znikąd.
Trzymając się resztek godności, jakie jej pozostały, sięgnęła po torebkę, by zapłacić za alkohol i jak najszybciej opuścić to miejsce. Wtedy jednak niespodziewanie usłyszała spokojny głos nieznajomej:
- Szukałam kogoś takiego, jak ty.
Lana zamarła w pół ruchu, zastanawiając się, co ma zrobić. Najchętniej posłałaby ją do wszystkich diabłów i wyszła, ale wystarczyło jedno zimne spojrzenie kobiety, by zmieniła zdanie.
Czarnowłosa uśmiechnęła z zadowoleniem.
- Jesteś pewna siebie, bezwzględna i uparta, ale jednocześnie zbyt głupia, aby liczyć się z konsekwencjami – odezwała się ponownie. – To mi się w tobie podoba.
Lana spoglądała na kobietę z jawną niechęcią, nie rozumiejąc, o co jej chodzi.
- Czego ode mnie chcesz? – zapytała, starając się brzmieć stanowczo, ale drżący głos ją zdradził.
Kobieta pochyliła się ku niej, tak blisko, że Lana poczuła słodkawy zapach jej skóry.
- Mamy jeden cel – wyszeptała, tak cicho, jakby powierzała jej mroczą tajemnicę.
Serce Lany przyśpieszyło niepokojąco. Cel? Czyżby chodziło o Sverrego? Nieznajoma chciała go dla siebie? Szybko zerknęła w kierunku chłopaka.
- Nie bądź głupia – parsknęła kobieta, odsuwając się. – Nie interesują mnie ludzcy mężczyźni, możesz go zatrzymać. Ja mówię o dziewczynie.
W oczach Lany pojawiło się zrozumienie.
- Chcesz się jej pozbyć z miasteczka?
Nieznajoma roześmiała się drwiąco.
- Nie, ja pragnę czegoś więcej – powiedziała z dzikim błyskiem w oczach. – Pragnę jej śmierci.
Ta bezpośrednie wyznanie zaskoczyło Lanę. Potrzebowała chwili, by jej umysł przyjął do wiadomości słowa tej dziwnej kobiety.
- Co ja mam z tym wspólnego? – spytała w końcu, ciekawa do czego prowadzi ta rozmowa. – Mój pomysł…
- Jest beznadziejny – przerwała jej znudzona piękność. – Ta dziewczyna ma ochronę, nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, jak potężne moce za nią stoją. Inaczej sama bym się jej pozbyła już dawno temu – dodała ze złością. – Od urodzenia jest otoczona ochroną aurą, nie mogę jej zobaczyć. Kilka tygodni temu wyczułam, że znajduje się w tym miejscu, ale nim tu dotarłam, zdążyła mi umknąć – mówiła gorączkowo, wyrzucając z siebie gniew. – Ale teraz mam ciebie. Pomożesz mi w osiągnięciu celu i raz na zawsze pozbędę się tego diabelskiego pomiotu. Wtedy w końcu dostanę to, co mi się zawsze należało.
Lana słuchała bez słowa, zbyt przerażona by się poruszyć. Nie zrozumiała ani słowa, z tego, co mówiła ta kobieta, ale Inga musiała jej mocno nadepnąć na odcisk, skoro chciała jej śmierci. Postanowiła jednak, że bez względu na wszystko, postara się jej pomóc, zresztą w tym momencie samobójstwem byłoby odmówić. No i taka szansa raczej się już nie powtórzy, nie mogła tego nie wykorzystać.
- Co mam zrobić?
Czarnowłosa zwróciła ku niej swe rozjarzone, bursztynowe oczy.
- Ona ma coś, co ją chroni – rzekła, z zastanowieniem wpatrując się w Lanę. – Jakiś przedmiot z którym się nie rozstaje.
- Chyba wiem, co to jest – stwierdziła od razu dziewczyna. – Złoty wisiorek, który zawsze ma na szyi. Nie pamiętam, by kiedykolwiek go zdejmowała.
- Wspaniale – uśmiechnęła się kobieta z zadowoleniem. – Twoim zadaniem będzie pozbawienie jej ochrony. Kiedy już ci się to uda, co nie powinno być trudne, natychmiast mnie wezwiesz. Ja się zajmę całą resztą.
Lana pokiwała głową.
- Tylko jej teraz tu nie ma – wyznała ostrożnie. – Wyjechała na Islandię i nie wiem, kiedy wróci.
- Och, to nic – wzruszyła ramionami. – Czekałam siedemnaście lat, to poczekam jeszcze kilka dni. Tylko daj mi znać, jak wróci, żebym mogła się przygotować.
Kobieta wstała, najwyraźniej szykując się do wyjścia, więc Lana szybko zapytała:
- Jak mam się z tobą skontaktować? Daj mi jakiś numer, albo coś.
- Numer? – zdziwiła się, ale zaraz na jej twarzy pojawiło się zrozumienie. – Wystarczy tylko, że pomyślisz – postukała palcem wskazującym w skroń – a ja będę wiedziała, że zrobiłaś, co trzeba. Nie zawiedź mnie, a szczodrze cię wynagrodzę. – Odwróciła się, uznając, że powiedziała już wystarczająco dużo i lekkim krokiem ruszyła ku wyjściu, żegnana pełnymi pożądania spojrzeniami.
Lana również się podniosła; najwyższa pora, by także wróciła do domu. Już nie pamiętała, że przyszła tu w określonym celu, zresztą Sverre wyszedł jakiś czas temu razem ze swymi kuzynami, czego nawet nie zauważyła.
- Poczekaj – zawołała jeszcze za kobietą, nagle uświadamiając sobie, że nawet nie zna jej imienia. – Jak się nazywasz?
Piękna nieznajoma zatrzymała się przy drzwiach, spojrzała na Lanę z uśmiechem i odpowiedziała dumnie:
- Mówią na mnie Naama.